Kilka niemiłosiernie zakurzonych Honkerów zbliżało się powoli do bazy. Był sobotni wieczór i dochodziła godzina 19.00, kiedy sznur aut leniwie toczył się po rozgrzanym asfalcie.
[article]1072459[/article]Wysoko, na obrotowych siedziskach tkwili celowniczowie karabinów maszynowych, którzy czujnie rozgadali się wokół, a za ich wzrokiem niestrudzenie podążały wyloty luf. Dzielnie asystowali im strzelcy karabinków szturmowych „Beryl”, odpowiadający zawsze za stronę przeciwną do tej, omiatanej przez kaemy. Niżej, w szoferkach siedzieli kierowcy, a obok nich – prowadzący korespondencję radiową – dowódcy pojazdów. W pierwszej terenówce, z mapą rozłożoną na kolanach, działał dowódca pododdziału, jednak niewiele miał roboty, bowiem po czterech miesiącach nieustannego operowania w świętym mieście szyitów, Karbali, jego żołnierski zespół działał w sposób wręcz absolutnie doskonały. Oczywiście, on zdawał sobie sprawę, że rutyna bywa niebezpieczna i zgubna, ale rzeczą znacznie gorszą od niej jest nadgorliwość i zbędne wprowadzanie zamętu. Kilkaset metrów przed bramą wjazdową pierwszy pojazd stanął na poboczu jezdni, a za nim posłusznie wyhamowały pozostałe auta kolumny. Wiedzieli, że muszą czekać, aż zmiennicy opuszczą ufortyfikowany obóz i przejmą ich obowiązki patrolowe, więc niecierpliwie wpatrywali się w stalowe wrota. Wreszcie jedna z wierzei uchyliła się i zaczęła wypluwać wojskowe samochody. Gdy dwa sznury aut zrównały się ze sobą, ci kończący zmianę unieśli ręce w przyjaznym geście i chóralnie zakrzyknęli: „Nogi razem!”.