Reklama

„Dom zaczyna się od relacji” - rozmowa z Agnieszką Sikorą, Warszawianką Roku 2025 [NASZ WYWIAD]

Agnieszka Sikora - dziennikarka, pedagożka resocjalizacyjna, twórczyni Fundacji po DRUGIE i inicjatorka pierwszego w Polsce Domu dla Młodzieży - od 14 lat wspiera osoby w wieku 18–25 lat dotknięte kryzysem bezdomności. Dzięki jej pracy i determinacji temat bezdomności młodych stał się częścią publicznej debaty.

Barbara Mikulska-Rola (B.M.-R.): Kiedy patrzy Pani na młodych ludzi, którzy trafiają pod skrzydła Fundacji po DRUGIE - czego najbardziej Pani żałuje, że nie zobaczyli wcześniej dorośli wokół nich?

Agnieszka Sikora (A.S.): To jest zawsze bardzo trudny obraz. To, czego ci młodzi ludzie doświadczyli, zanim trafili do fundacji, często bywa tak straszne, że trudno mi pomieścić w głowie, że ten człowiek w ogóle jeszcze ma siłę, żeby coś ze sobą robić i próbować.

Młodzież, która do nas przychodzi bardzo często ma za sobą doświadczenie przemocy. W jej domach pojawiały się problemy uzależnień. Bardzo często ta młodzież czuła się niezrozumiana, niewysłuchana. Coraz częściej widzę też młodych ludzi, którzy może nie doświadczyli przemocy wprost, ale doświadczyli ogromnej samotności i ogromnego braku dorosłego, który byłby naprawdę obecny - rodzica zajętego swoimi sprawami, mającego wobec dziecka oczekiwania, ale już niekoniecznie czas.

Reklama

Jest mi przykro, że nie doświadczyli też takich zwyczajnych, dobrych chwil: wyjazdów na wakacje, możliwości uprawiania jakiegoś sportu, tego, że mama czy tata czyta wieczorem książkę. Tego jest bardzo, bardzo dużo.

Jeśli natomiast mówimy o tym, co można było zrobić, żeby oni tej bezdomności w ogóle nie doświadczyli i do kogo możemy mieć pretensje, to gdzieś w pierwszej kolejności rzeczywiście do rodziców, którzy nie byli takimi rodzicami, jakimi być powinni. Czasem nie tylko dlatego, że nie chcieli - czasem po prostu nie potrafili i sami nie dostali pomocy.

Reklama

Dalej szkoła, która bywa głucha na problemy dziecka. Bardzo często spotykam się z sytuacją, w której młody człowiek mówi: „Zgłaszałem, że w moim domu jest przemoc, ale kiedy do szkoły przychodziła moja mama czy tata, nikt mi nie wierzył, że tej przemocy doświadczam”.

Czasem sąsiedzi, czasem koledzy też czegoś nie zauważyli, nie zgłosili albo ukrywali, bo się bali. Myślę sobie, że ogromnym problemem jest to, że ci młodzi ludzie, jeszcze na etapie dzieciństwa, nie mają w swoim otoczeniu choć jednego dorosłego, któremu mogą naprawdę zaufać, który naprawdę zajmie się ich sprawami tak, jak trzeba. I to jest coś, nad czym bardzo warto byłoby popracować.

Reklama

 

B.M.-R.: Czy w ciągu tych 14 lat zmienił się Pani sposób myślenia o tym, co dla młodego człowieka jest „domem”? Jak dziś definiuje Pani to słowo w kontekście ich historii?

A.S.: W ciągu tych 14 lat w moim myśleniu zmieniło się bardzo wiele. Zupełnie inaczej patrzę dziś na człowieka, który jest w potrzebie. Widzę niuanse, które kiedyś pewnie bym źle oceniła.

Dziś rozumiem, że młody człowiek zachowuje się „źle”, bo nikt go nie nauczył inaczej. Kiedyś być może powiedziałabym: „Boże, jakie to niedobre dziecko”.

Reklama

Jeśli chodzi o dom, to myślę, że przede wszystkim jest nim relacja. Trochę odwracam tu porządek, bo kiedy pytamy młodzież o to, czym jest bezdomność, ona bardzo często nie definiuje jej tylko jako braku dachu nad głową. W tych wypowiedziach pojawia się samotność, brak bliskości, brak ważnej osoby.

Dom to jest miejsce, w którym ja mam relacje. W którym jestem zauważony, ważny, wysłuchany, bezpieczny. Oczywiście, jest też ten dach nad głową, ale w tym wszystkim najważniejsza jest właśnie relacja, bliskość, troska, ciepło.

Reklama

 

B.M.-R.: W pracy z młodymi w kryzysie bezdomności spotyka Pani wiele trudnych życiorysów. Co porusza Panią najbardziej: moment, w którym jeszcze nie wierzą w siebie, czy moment, w którym pierwszy raz zaczynają wierzyć?

A.S.: Wszystko jest poruszające. Poruszająca jest historia, którą młody człowiek nam opowiada.

Wie Pani, kiedy przychodzi do mnie 22-latek i mówi, że mając 18 lat wyszedł z jakiegoś ośrodka i od tamtej pory jest bezdomny… Opowiada, że mieszkał w blaszanej budce na zlikwidowanym bazarze, a potem, że przychodzi do mnie z rury przy Stadionie Narodowym, w której spędził już kilka miesięcy. Ten młody człowiek do 22. roku życia żyje w takich warunkach - i nikt nie widzi, że on jest bezdomny, że nie ma rodzica, że nie ma wsparcia. Ośrodek go wypuszcza, bo „jest dorosły”, i nikt nie monitoruje, co się z nim dalej dzieje.

Reklama

To jest tylko jedna historia, która przyszła mi do głowy, ale takich opowieści mamy bardzo wiele. Poruszają i te relacje, w których młodzież opowiada o swoim życiu „sprzed”, i to, co dzieje się później między nami. Bywa rozczarowanie, bywa przykrość, bywa ogromna radość, że coś się udało. To wszystko razem jest bardzo intensywne.

Gdybym za każdym razem płakała, nie mogłabym pracować – człowiek z czasem nabiera pewnej odporności. Mam jednak nadzieję, że nie straciłam wrażliwości i wciąż naprawdę słyszę to, co jest do mnie mówione. A jeśli mam wskazać taki moment, który wzrusza mnie najbardziej, to jednak wtedy, kiedy dzieje się coś dobrego. Kiedy młoda osoba zaczyna w siebie wierzyć, robi krok, który jeszcze chwilę temu wydawał jej się absolutnie niemożliwy.

Reklama

 

B.M.-R.: A jak Pani myśli - kto tutaj „zawinił” najbardziej, że w ogóle zdarzają się takie historie? Czy to jest problem państwa, które interesuje się młodym człowiekiem tylko do pewnego momentu, a potem mówi: „jesteś dorosły, radź sobie sam”? Czy bardziej problem naszych oczekiwań wobec dorosłych, którzy teoretycznie powinni „zgłosić się po pomoc”, ale często nie mają dokąd?

A.S.: Myślę tak: nasz system pomocowy bez wątpienia nie rozpoznaje grupy młodzieży bezdomnej - tej, którą zajmuje się Fundacja po DRUGIE, czyli osób między 18. a 25. rokiem życia - jako osobnej grupy, dla której powinniśmy tworzyć osobny system wsparcia. To jest coś, o co bardzo mocno postuluję. Uważam, że ci młodzi ludzie powinni dostać inne narzędzia. O nich jeszcze trzeba się zatroszczyć, wielu rzeczy nauczyć.

Reklama

Z drugiej strony - nie ma doskonałych systemów. Każdy ma swoje niedociągnięcia. Ale za każdym systemem stoją ludzi. System jest narzędziem w rękach człowieka. I nawet w niedoskonałym systemie my, jako osoby pracujące w nim, zawsze powinniśmy patrzeć na potrzeby konkretnego człowieka, szukać rozwiązań. Może to rozwiązanie nie będzie idealne, ale coś można zrobić.

Nie możemy odmawiać bez wysłuchania. Nie możemy być nieczuli. Nie możemy traktować ludzi instrumentalnie. To jest ogromny problem. Nie chcę nikogo wskazywać palcem, ale to nie jest tak, że „system ponosi całą winę”. System jest niedoskonały, owszem, ale za tym wszystkim stoi człowiek, który może złapać za telefon, który może poszukać rozwiązań, a nie powiedzieć: „nie wiem”, „nie potrafię”, „proszę przyjść za jakiś czas”.

Reklama

 

B.M.-R.: Czasami jednak ludzie boją się reagować. Sąsiedzi nie dzwonią, bo nie chcą być „nadgorliwi”. Co powiedziałaby Pani w takiej sytuacji?

A.S.: Uważam, że ci którzy reagują są mądrymi ludźmi. Oczywiście trzeba próbować rozgraniczyć, jaka to jest sytuacja.

Ale jeśli zdarzy się, że wezwiemy pomoc, a okaże się, że w mieszkaniu jest chore dziecko, które płacze nie dlatego, że jest bite, tylko dlatego, że ma poważne trudności zdrowotne, to naprawdę nikomu nie zrobimy krzywdy.

Co więcej - może się okazać, że ta rodzina sama potrzebuje wsparcia, tylko bała się albo nie wiedziała, że może po tę pomoc pójść. I wtedy nasze zgłoszenie może paradoksalnie przynieść coś dobrego.

Reklama

Uważam, że mimo wszystko lepiej jest zareagować na sytuację, która jest niepokojąca, „przekracza decybele”, niż jej nie widzieć. Jeżeli matka szarpie dziecko w sklepie, też powinniśmy zareagować. Im więcej będzie takich reakcji, które są dla dziecka sygnałem: „hej, nie jesteś sam, my - dorośli - widzimy cię, nie zgadzamy się na to, żebyś był szarpany czy popychany”, tym większa będzie ufność wśród dzieci.

Dzieci będą się dowiadywały, że istnieje społeczna niezgoda na przemoc. A to sprawia, że stają się po prostu bezpieczniejsze.

 

B.M.-R.: Z jakimi przekonaniami nas - dorosłych, polityków, społeczeństwa - najtrudniej Pani walczyć, gdy mówi Pani o młodych osobach w kryzysie bezdomności?

A.S.: Mam wrażenie, że temat, którym się zajmuję, budzi raczej pozytywne reakcje. Ludzie mają dobre nastawienie do tego, co robi Fundacja po DRUGIE. Rzadko spotykam się z krytyką tych młodych ludzi czy obarczaniem ich odpowiedzialnością za to, że dzisiaj są w takiej sytuacji. Wręcz przeciwnie - myślę, że jest sporo wrażliwości i empatii, jeśli chodzi o tę konkretną grupę osób w kryzysie bezdomności.

Natomiast bardzo brakuje mi jednego: konkretnego odzewu. I to takiego naprawdę systemowego, zdecydowanego. Coś się powoli dzieje, ale to nie może dziać się „powoli”, bo ci ludzie są tu i teraz, oni są już dziś.

Potrzebujemy konkretnego odzewu w sprawie tworzenia rozwiązań dla młodych ludzi doświadczających bezdomności. Nie może być tak, że w Polsce jest jeden Dom dla Młodzieży i kilka mieszkań treningowych, a we wszystkich innych miastach poza Warszawą takich miejsc po prostu nie ma.

Mam nadzieję, że to, co teraz dzieje się wokół fundacji i wokół mojej osoby, w związku z nagrodą Warszawianka Roku, pociągnie za sobą bardziej dynamiczne działania i konkretne rozwiązania. One są naprawdę bardzo, bardzo potrzebne.

 

B.M.-R.: Jeśli każdy z nas mógłby zrobić jedną realną, wykonalną rzecz, żeby zmniejszyć kryzys bezdomności młodzieży - co by Pani zaproponowała? Co my, „zwykli dorośli”, możemy zrobić tu i teraz?

A.S.: Przede wszystkim - być uważnym i nie bać się reagować.

Mamy dzieci, chodzimy do szkoły na wywiadówki, widzimy kolegów i koleżanki naszych synów, córek. Jeżeli coś nas niepokoi - a my często to czujemy - nie bójmy się o tym mówić. Kiedy słyszymy jakieś niepokojące głosy u sąsiadów za ścianą, nie bójmy się tego zgłosić. Możemy zadzwonić do ośrodka pomocy społecznej, powiedzieć: „Jestem zaniepokojona, coś mi tutaj nie gra”.

Nie bójmy się pójść do szkoły, porozmawiać z nauczycielem, oczekiwać reakcji. Jeżeli zdarza się, że nasze dziecko zaprasza do domu kolegę czy koleżankę i nagle widzimy, że ta osoba spędza u nas bardzo dużo czasu, że je obiady u nas, że nie chce wracać do domu - zainteresujmy się, dlaczego tak jest. Dlaczego nie chce być u siebie, a chce być u nas?

Jeśli mijamy na ulicy człowieka - nieważne, w jakim wieku, młodego czy starszego - który leży na ławce albo dziwnie się zachowuje, też nie bójmy się zareagować. Możemy zadzwonić po pomoc, możemy podejść i ostrożnie zapytać, czy wszystko w porządku. To podejście oczywiście powinno być rozsądne i bezpieczne, ale ta uważność jest kluczowa.

Uważność jest podstawą bezpieczeństwa. I naprawdę może zmienić czyjeś życie.

 

 

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 22/11/2025 01:57
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo WaWa.info




Reklama