Reklama

Car tańczył, a Warszawa zamarła w ciszy. Przedświt powstania styczniowego

Car tańczył w Zamku Królewskim poloneza, lecz Warszawa raczej zamilkła, niż wiwatowała. Na ulicach słychać było pojedyncze okrzyki, w salach balowych rozbrzmiewała muzyka, a w Teatrze Wielkim krążyły ulotki zapowiadające przybycie „trzech złodziei”. Tak właśnie, 165 lat temu, stolica Królestwa Polskiego witała cara Aleksandra II i jego gości. Pod koniec października 1860 roku Warszawa stała się na kilka dni dyplomatycznym centrum Europy.

Zaniepokojeni wydarzeniami na Półwyspie Apenińskim monarchowie postanowili spotkać się i omówić środki zaradcze wobec niepokojących zmian. Powodem ich zaniepokojenia był Giuseppe Garibaldi, który na czele garstki ochotników w czerwonych koszulach niemal zjednoczył Włochy. Gdy ruszył na Państwo Kościelne, nawet król Wiktor Emanuel – dotąd jego sprzymierzeniec – uznał go za awanturnika. W europejskich pałacach coraz głośniej szeptano, że włoska rewolta może rozlać się dalej.

Na warszawski zjazd przybyli przede wszystkim monarchowie Rosji, Austrii i Prus, choć pojawili się też władcy mniejszych państewek niemieckich. Uwagę warszawiaków skupiali jednak trzej pierwsi: car Aleksander II, cesarz Franciszek Józef oraz faktycznie panujący już wówczas w Prusach Wilhelm I (formalnie zastępujący chorego psychicznie brata, Fryderyka Wilhelma IV).

Reklama

Nastroje w mieście były napięte. Przed wejściem do Teatru Wielkiego krążyły ulotki z napisem:

„Ci, którzy przyszli dziś wieczór do teatru, nie zobaczą dwóch złodziei, lecz trzech.”

Była to aluzja do wystawianej właśnie komedii Eugène’a Labiche’a Dwaj złodzieje – lekkiej farsy o drobnych oszustach, którą Polacy odczytali jako satyrę na wizytę trzech koronowanych głów. O ulotkach pisał korespondent londyńskiego „Timesa”, Henry Sutherland Edwards, podsumowując cel zjazdu słowami: „Widoczna demonstracja siły i jedności trzech władców, mająca utemperować niepokojące nastroje w Warszawie”.

Reklama

Patriotycznie nastawieni mieszkańcy stolicy masowo bojkotowali wszystkie uroczystości z udziałem monarchów, także spektakl Labiche’a. Ci nieliczni, którzy zdecydowali się pójść do teatru, często wychodzili z niego zniszczonymi ubraniami – oblanymi kwasem. Dochodziło też do bardziej zuchwałych incydentów: ktoś zdemolował carską lożę, a karety jadące na bale bywały obrzucane błotem.

Wśród organizatorów tych symbolicznych protestów był m.in. Franciszek Godlewski, przyszły powstaniec styczniowy. Skupił wokół siebie młodzież miejską – „gorącą, porywczą, ale zawsze szlachetnie myślącą”, jak pisał Agaton Giller. Polacy nie chcieli jeszcze zbrojnego wystąpienia; próbowali pokojowej demonstracji, licząc na zmiany po wstąpieniu na tron Aleksandra II. Historyk Justyn Sokulski notował:

Reklama

„Więzy dwudziestokilkuletniego ucisku mikołajowskiego zaczęły pękać, a powiew liberalnych reform odświeżył zatęchłą atmosferę niewoli.”

Polska prasa relacjonowała zjazd ostrożnie. Wiadomości o przybyciu monarchów drukowano dopiero na drugiej lub trzeciej stronie – przed nimi opisywano pogodę czy fazy księżyca. Samo to przesunięcie było cichym aktem odwagi. Oficjalne relacje pełne były słów o wiwatach i radości tłumów, lecz świadkowie wspominali zupełnie inny obraz: zamknięte okna, ponurą ciszę i miasto, które milczeniem wyrażało swój sprzeciw.

Reklama

Car Aleksander II przybył do Warszawy 20 października 1860 r., witany przez tłumy – jak donosiły gazety – „od Belwederu aż po Zamek”. Po krótkim odpoczynku w Łazienkach następnego dnia monarchowie uczestniczyli w nabożeństwach: prawosławnym, katolickim i ewangelickim. „Trzej władcy jednego ducha politycznego modlili się do trzech ołtarzy” – pisała prasa.

Po południu odbył się uroczysty obiad u namiestnika Gorczakowa, a wieczorem spektakl i bal w Teatrze Wielkim. Największy z balów miał miejsce na Zamku Królewskim, gdzie – zgodnie z tradycją – rozpoczęto polonezem. Jak z goryczą zauważyła baronowa Georgiana Bloomfield, „nie było tam Polaków, z wyjątkiem kilku rodzin służących Rosji”, gdyż „zasada petersburska, by nie dopuszczać Polaków do towarzystwa, została ściśle zachowana także w Warszawie”.

Reklama

W kolejnych dniach monarchowie zwiedzali Warszawę – szkoły, szpitale, budowę mostu Kierbedzia, który później nazwano symbolem „postępu i trwałości władzy”. Wieczorami miasto tonęło w iluminacjach, a „Kurjer Warszawski” donosił o „ozdobionych bramach i tysiącach świateł” oraz o „powszechnych oznakach przywiązania i uszanowania”. W rzeczywistości jednak wielu mieszkańców nie wzięło w tym udziału – światła w ich oknach pozostały zgaszone.

Zjazd monarchów nie przyniósł żadnych konkretnych decyzji. Potwierdzono jedynie wolę utrzymania porządku i sojuszu między trzema imperiami. Tymczasem w Warszawie narastało napięcie. Już kilka miesięcy później, w lutym i marcu 1861 roku, czarno ubrane tłumy śpiewały w kościołach Boże, coś Polskę i Jeszcze Polska nie zginęła. Brutalne represje namiestnika Gorczakowa – aresztowania, zamykanie świątyń, groźba ostrzału miasta – tylko wzmocniły ducha oporu.

Reklama

Zjazd „trzech cesarzy”, który miał być pokazem potęgi i jedności monarchów, w istocie stał się zapowiedzią nowego zrywu – przedświtem powstania styczniowego.


 

 

red./PAP dzieje.pl

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo WaWa.info




Reklama
Najnowsze wiadomości