Reklama

Zbudowałem "Jana Heweliusza". Do dziś słyszę jego krzyk w falach

Między zardzewiałymi torami suwnic, wzdłuż nabrzeża dawnej stoczni, 87-letni Herfinn Osland wciąż potrafi wskazać miejsce, gdzie pół wieku temu powstawał prom „Jan Heweliusz”. — Tego statku nie da się zapomnieć — mówi w rozmowie, pierwszej udzielonej polskim mediom inżynier z norweskiego zakładu, w którym jednostka została zbudowana.

— Byłem inżynierem, pracowałem w dziale projektowym, w biurze konstrukcyjnym. Odpowiadałem za projekt maszynowni, urządzeń maszynowych i instalacji rurowych — wspomina Osland. — To ja projektowałem maszynownię i całe zaplecze techniczne „Jana Heweliusza”.

Jego głos drży i zwalnia, ale pozostaje wyraźny. W sędziwym tonie słychać staranność — Osland próbuje wiernie odtworzyć historię statku, który z czasem stał się symbolem największej powojennej tragedii w polskiej żegludze.


Stocznia w cieniu fiordu

Herfinn całe życie spędził w Breviku — małym miasteczku na południu Norwegii, nad zatoką otoczoną stromymi zboczami i lasami. Dziś nad białymi domkami górują dwa wielkie mosty, po których biegnie autostrada z Oslo do Kristiansand. Pięćdziesiąt lat temu ich jeszcze nie było. Była za to stocznia.

Reklama

Trosvik Verkstad założyło w 1916 roku trzech braci. Zaczynali od niewielkich parowców, później budowali coraz większe jednostki. W latach 70., mimo że Norwegia należała do NATO, w ich rodzinnej stoczni pojawili się klienci zza żelaznej kurtyny.
Nie był to przypadek — Trosvik uchodził za miejsce nowatorskich rozwiązań. To właśnie tutaj powstał pierwszy na świecie samochodowiec typu ro-ro.
— Jeden z naszych inżynierów zapytał: „A dlaczego auta nie miałyby wjeżdżać na pokład same?”. Tak powstał „Dyvi Anglia”, zbudowany specjalnie pod model Forda. Później sprzedawaliśmy licencje innym stoczniom — wspomina Osland.


Z NRD do Polski

Zanim w Breviku pojawili się Polacy, Norwegowie współpracowali z inżynierami z NRD, którzy zamówili prom do przewozu wagonów kolejowych. Tak powstał „Stubenkammer”. — Z czasem zaczęliśmy go nazywać trzecim bliźniakiem — mówi Osland.

Reklama

W tym samym czasie polska gospodarka, zasilana kredytami dewizowymi, rozwijała żeglugę promową. Świnoujście, dzięki położeniu, stało się naturalnym punktem łączącym Polskę ze Szwecją i Danią. Polskie Linie Oceaniczne postanowiły zamówić dwa nowe promy — od stępki.
— Wieść o naszej stoczni dotarła do Polski po udanej współpracy z NRD. Polacy uznali, że jesteśmy dobrym partnerem — opowiada Osland.

Pierwszy był „Mikołaj Kopernik”, który w 1974 roku rozpoczął rejsy ze Świnoujścia do Ystad. Budowę nadzorowali polscy inspektorzy — inżynier Dzida i inżynier Polaszewski.
— Mieliśmy z nimi świetne relacje. Byli bardzo bystrzy, poukładani, uczciwi. Często spotykaliśmy się w biurze projektowym, rozmawialiśmy o rozwiązaniach technicznych. Dyskutowaliśmy, przesuwaliśmy pompy, zmienialiśmy detale — wspomina Norweg. — Jeśli mieli rację, a ich pomysł nie generował kosztów, mówiliśmy po prostu: „Zróbmy tak”.

Reklama

Choć w kontaktach z Polakami czuło się polityczne napięcia, współpraca układała się znakomicie. — O pewnych rzeczach po prostu się nie rozmawiało — mówi Osland. — Ale rozumieliśmy się bez słów. Ufaliśmy sobie.


Narodziny „Jana Heweliusza”

Wniosek o nadanie nowej jednostce imienia Jana Heweliusza trafił do ministerstwa latem 1976 roku. Zgoda przyszła jesienią, a 29 stycznia 1977 roku podczas uroczystego wodowania imię nadała Halina Kamińska, żona wiceministra komunikacji.

W szczytowym okresie stocznia zatrudniała blisko 400 osób — głównie młodych mężczyzn z okolicznych wiosek. Wielu z nich zaczynało jako praktykanci, później zostawało fachowcami.
Gdy w 1986 roku zakład upadł po problemach z budową platformy wiertniczej, Osland z kilkoma kolegami próbował go wskrzesić. — Założyliśmy wtedy firmę Brevik Management, potem kolejne: Construction, Trading, Elektro. Prowadziliśmy je do 2001 roku — wspomina.

Reklama

Katastrofa, której nie da się zapomnieć

14 stycznia 1993 roku Osland usłyszał o tragedii „Jana Heweliusza”.
— To był wstrząs. Mówiono o pechu, ale to była dobra jednostka. Wszystko było zatwierdzone przez Det Norske Veritas, a polscy inspektorzy byli obecni przez całą budowę — podkreśla.

Przyczyn katastrofy doszukuje się w błędach eksploatacyjnych:
— Ładunek nie był odpowiednio zabezpieczony. Gdy fale uderzały w prom, ciężarówki i wagony przesuwały się na jedną burtę. Statek tracił stateczność. Przy przechyle ponad 30 stopni wysłano sygnał SOS. Woda miała 3 stopnie, powietrze dwa. W takich warunkach człowiek przeżywa w wodzie najwyżej kwadrans — mówi cicho, ale stanowczo.

Reklama

Osland dodaje, że konstrukcyjnie jednostka była poprawna, jednak przepisy tamtych czasów nie przewidywały wielu zabezpieczeń, które dziś są obowiązkowe.
— Pokłady promów były wtedy otwarte. Wystarczyło, że woda dostała się na pokład, a statek tracił równowagę. Po tragedii „Estonii” przepisy się zmieniły — wprowadzono grodzie i szczelne przedziały. W latach 70. takich wymogów nie było.


„Cieszę się, że mogłem go zbudować”

— Przepracowałem tu ponad 20 lat, a potem jeszcze wiele lat w naszych firmach — podsumowuje Herfinn Osland. — W sumie prawie pół wieku. Norwegowie mają wiele powodów do dumy, choć to mały kraj. A ja? Cieszę się, że mogłem zbudować parę dobrych statków.
Z „Janem Heweliuszem” włącznie.

Reklama

 

 

red./PAP

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 06/11/2025 06:18
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo WaWa.info




Reklama
Najnowsze wiadomości