Poród bywa postrzegany jako naturalny finał ciąży, wydarzenie przewidywalne i bezpieczne. W praktyce jednak – jak podkreśla prof. Przemysław Kosiński z Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego – wystarczy ułamek sekundy, by fizjologia zamieniła się w dramatyczną patologię. Krwotok, nagłe oddzielenie łożyska, rzucawka czy gwałtowne pogorszenie stanu płodu mogą pojawić się niespodziewanie, nawet u kobiety, której ciąża do tej pory przebiegała prawidłowo.
– „Krwawienie w ciąży nigdy nie jest objawem błahym. To zawsze sygnał alarmowy” – zaznacza lekarz. W takich sytuacjach czas staje się kluczowy, a dostęp do odpowiednio przygotowanego oddziału położniczego decyduje o życiu matki i dziecka.
Tymczasem w Polsce coraz częściej mówi się o zamykaniu porodówek, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach. Powód jest prosty: pieniądze. Oddziały położnicze są jednymi z najbardziej niedoszacowanych finansowo w systemie ochrony zdrowia. Narodowy Fundusz Zdrowia płaci średnio nieco poniżej pięciu tysięcy złotych za poród, podczas gdy realny koszt świadczenia – uwzględniający całodobową gotowość zespołu, obecność anestezjologa i neonatologa, drogi sprzęt, leki oraz diagnostykę – przekracza kilkanaście tysięcy złotych. Każdy poród oznacza więc dla szpitala stratę.
Problem nie sprowadza się jednak wyłącznie do finansów. W placówkach, w których odbywa się jeden poród tygodniowo albo nie odbywa się żaden, zespoły tracą praktykę. Położnictwo to dziedzina, w której doświadczenie i automatyzm działania mają fundamentalne znaczenie. – „Tego nie da się doczytać w trakcie porodu” – podkreśla prof. Kosiński. W nagłych powikłaniach liczą się sekundy, a brak rutyny może mieć tragiczne konsekwencje.
Jednym z najbardziej dramatycznych przykładów jest dystocja barkowa – sytuacja, w której po urodzeniu główki barki dziecka klinują się w miednicy matki. Każda minuta zwłoki zwiększa ryzyko ciężkiego niedotlenienia, trwałego uszkodzenia mózgu albo śmierci noworodka. Jedynym ratunkiem są natychmiastowe, precyzyjne manewry położnicze, które cały zespół musi znać i mieć wielokrotnie przećwiczone. W dużych ośrodkach takie sytuacje są regularnie symulowane, w małych – mogą zdarzyć się raz na kilka lat, co oznacza brak doświadczenia i brak pewności działania.
Kolejnym wąskim gardłem systemu jest dostęp do anestezjologów. W wielu szpitalach powiatowych jeden specjalista zabezpiecza cały szpital. Jeśli w tym samym czasie musi znieczulać pacjenta na bloku operacyjnym albo przyjmować ofiarę wypadku, rodząca kobieta zostaje bez znieczulenia. – „Znieczulenie porodu to nie luksus, ale element bezpieczeństwa” – przypomina prof. Kosiński, zwracając uwagę, że skrajny ból wyczerpuje rodzącą i zwiększa ryzyko powikłań.
Zamykanie porodówek rodzi też inny, bardzo konkretny problem: wydłużający się czas transportu. Sto kilometrów do najbliższego oddziału położniczego to – zdaniem eksperta – dystans absolutnie nieakceptowalny. Bezpieczny system powinien gwarantować dotarcie rodzącej kobiety do szpitala w ciągu maksymalnie 20–30 minut. Powyżej tego ryzyko dla matki i dziecka gwałtownie rośnie. Choć transport śmigłowcem bywa skutecznym rozwiązaniem interwencyjnym, nie może on zastąpić dostępnej, dobrze zaplanowanej sieci porodówek.
Warto przy tym pamiętać, że co najmniej jedna piąta kobiet w ciąży wymaga specjalistycznej opieki. Nadciśnienie, stan przedrzucawkowy, cukrzyca ciążowa czy cholestaza to powikłania częste i potencjalnie groźne. Te pacjentki muszą rodzić w ośrodkach z doświadczonym zespołem i pełnym zapleczem diagnostycznym oraz operacyjnym.
Zdaniem prof. Kosińskiego położnictwo nie znosi improwizacji. Wymaga centralnego planowania, jasnych kryteriów dostępności i uczciwego finansowania. – „Tu stawką jest życie” – podsumowuje. I to zarówno życie noworodków, jak i ich matek.
red./PAP
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze