Sezon na leśne owoce trwa w najlepsze. W lasach nie brakuje jagód, malin czy poziomek, a wielu spacerowiczów nie potrafi oprzeć się pokusie, by zjeść garść owoców prosto z krzaka. To jednak nawyk, który może mieć poważne konsekwencje zdrowotne. Specjaliści ostrzegają, że na nieumytych owocach mogą znajdować się jaja groźnego pasożyta wywołującego bąblowicę – chorobę, która przez wiele lat rozwija się po cichu, nie dając żadnych objawów.
W Nadleśnictwie Pułtusk tegoroczny sezon należy do wyjątkowo obfitych. Leśne polany dosłownie uginają się od jagód, a owoce można kupić także na lokalnych straganach.
– W tym roku faktycznie jagód jest bardzo dużo – mówi Krzysztof Rylski z Nadleśnictwa Pułtusk.
Eksperci podkreślają, że największym błędem jest jedzenie owoców bez wcześniejszego umycia. Choć wyglądają świeżo i kusząco, mogą być zanieczyszczone jajami pasożyta pozostawionymi przez dzikie zwierzęta.
– To tak naprawdę rosyjska ruletka. Nigdy nie wiemy, czy dojdzie do zakażenia. Ryzykujemy chorobę pasożytniczą, o której możemy dowiedzieć się dopiero za kilkanaście lat, kiedy zmiany będą już bardzo zaawansowane. Moim zdaniem nie warto podejmować takiego ryzyka – ostrzega Krzysztof Rylski.
Dlatego po powrocie z lasu warto poświęcić kilka minut na dokładne umycie zarówno rąk, jak i zebranych owoców. Jak przypominają specjaliści, jaja bąblowca są wrażliwe na wysoką temperaturę i giną w temperaturze około 60 stopni Celsjusza.
– Najważniejsze jest dokładne mycie owoców leśnych pod bieżącą ciepłą wodą – podkreśla Bożena Dudzic z Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Pułtusku.
Bąblowica należy do najbardziej podstępnych chorób pasożytniczych. Od momentu zakażenia do pojawienia się pierwszych objawów może minąć nawet 10–15 lat. W tym czasie pasożyt rozwija się najczęściej w wątrobie lub płucach, nie powodując żadnych dolegliwości.
Kiedy choroba daje o sobie znać, objawy bywają niespecyficzne – pojawiają się bóle brzucha, nudności, wymioty czy żółtaczka. W cięższych przypadkach rozwija się bąblowica wielojamowa, której przebieg może przypominać chorobę nowotworową.
Bąblowica jest chorobą odzwierzęcą wywoływaną przez larwy tasiemców bąblowcowych. Ich jaja trafiają do środowiska wraz z odchodami zakażonych zwierząt. Na Mazowszu nosicielami pasożyta jest około 14 proc. populacji lisów i jenotów, jednak źródłem zakażenia mogą być również psy mające kontakt z dziką zwierzyną.
– To pasożyt, który przez wiele lat może rozwijać się w naszej wątrobie czy płucach, nie dając żadnych objawów – przypomina Krzysztof Rylski.
Dane sanepidu pokazują, że problem nie jest wyłącznie teoretyczny. Po dekadzie bez potwierdzonych zachorowań Powiatowa Stacja Sanitarno-Epidemiologiczna w Pułtusku odnotowała w tym roku kolejny przypadek bąblowicy. W całym kraju liczba wykrywanych zakażeń również rośnie – w pierwszym półroczu ubiegłego roku potwierdzono 16 przypadków, podczas gdy w analogicznym okresie tego roku było ich już 38.
– Zapominamy o podstawowych zasadach profilaktyki. Najważniejsze jest dokładne mycie rąk – przypomina Bożena Dudzic.
Specjaliści apelują, by tę samą zasadę stosować nie tylko wobec leśnych owoców. Dokładnie należy myć również warzywa i owoce kupowane na straganach oraz te pochodzące z własnego ogródka. Kilka minut ostrożności może uchronić przed chorobą, która przez lata rozwija się niezauważenie.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze