Reklama

Podziwiał ją sam Matisse. Umarła samotnie w ciemnej pracowni

59 lat temu, w maju 1967 roku, w Paryżu zmarła Mela Muter. Miała 91 lat. Prawdopodobnie odchodziła samotnie — w niewielkiej pracowni przy rue Pascal, pośród obrazów ustawionych jeden na drugim, w dusznym półmroku, który od lat był jej codziennością. W ostatnim okresie życia niewiele już miała: słabnący wzrok, garść wspomnień i kwiaty, które podobno kochała najbardziej. Dlatego każdego 14 maja warto postawić w wazonie róże albo pierwsze piwonie. Dla Meli.

Malarka, którą podziwiał Paryż

Trudno uwierzyć, że kobieta obracająca się wśród największych artystów swojej epoki mogła umrzeć w zapomnieniu. Mela Muter — a właściwie Melania Mutermilch — była jedną z najbardziej wyrazistych postaci polskiego malarstwa XX wieku. Zachwycała inteligencją, urodą i temperamentem. Bywała na salonach, przyjaźniła się z Rainerem Marią Rilkem, jej twórczość wysoko oceniał Henri Matisse, a w jej paryskim domu spotykali się artyści, pisarze i intelektualiści z całej Europy.

Urodziła się w 1876 roku w Warszawie, w zasymilowanej rodzinie żydowskiej. Dorastała w świecie literatury, sztuki i dyskusji o kulturze. Jej ojciec był mecenasem artystów, brat zajmował się krytyką literacką, a ona sama od młodości obracała się w środowisku twórców. Wyszła za mąż za pisarza Michała Mutermilcha, urodziła syna, ale tradycyjne życie szybko przestało jej wystarczać.

Reklama

Na początku XX wieku wyjechała do Paryża — miasta, które dla artystów było wtedy centrum świata. To tam naprawdę narodziła się jako malarka. Choć przez całe życie powtarzała, że jest samoukiem, chłonęła wszystko: nowe kierunki, rozmowy, wystawy, atmosferę artystycznej rewolucji. Nie interesowało jej akademickie malarstwo. Szukała własnego języka.

I znalazła go bardzo szybko.

Już pierwsze wystawy przyniosły jej świetne recenzje. Krytycy pisali o niezwykłej wrażliwości kolorystycznej i odwadze formalnej. Muter malowała ludzi wykluczonych: biednych, starych, samotnych, kalekich. Interesowały ją twarze naznaczone doświadczeniem, emocją, cierpieniem. Nie upiększała rzeczywistości — przeciwnie, próbowała wydobyć z niej prawdę.

Reklama

Bretania, Hiszpania i sztuka pełna emocji

Twórczość Meli Muter nieustannie się zmieniała. Fascynował ją symbolizm, później syntetyzm i postimpresjonizm. Inspirowała się Cézannem, eksperymentowała z kolorem, z czasem coraz bardziej zbliżała się do ekspresjonizmu. Jej obrazy stawały się odważniejsze, bardziej nerwowe, malowane szeroką, żywą plamą.

Ogromny wpływ miała na nią Bretania — surowa, wietrzna, pełna prostych ludzi i ciężkiego światła. Wracała tam wielokrotnie. Malowała rybaków, kobiety w bretońskich czepcach, dzieci i nadmorskie pejzaże. Potem przyszła Hiszpania — eksplozja koloru, światło południa i pejzaże pulsujące energią.

Reklama

W Hiszpanii odniosła zresztą wielki sukces. Jej wystawy w Barcelonie przyciągały tłumy, a nazwisko Muter zaczęło funkcjonować w europejskim świecie sztuki naprawdę poważnie. Była już nie tylko „polską malarką w Paryżu”, ale artystką o własnym, rozpoznawalnym stylu.

Lata międzywojenne były dla niej najlepszym okresem. Sprzedawała obrazy, dostawała zamówienia na portrety, mogła pozwolić sobie nawet na budowę nowoczesnej willi-pracowni zaprojektowanej przez Auguste’a Perreta — jednego z najwybitniejszych architektów epoki.

Reklama

Wydawało się, że osiągnęła wszystko.

Jak można zniknąć mimo talentu?

A jednak historia Meli Muter jest także historią bolesnego upadku.

Najpierw wielki kryzys gospodarczy ograniczył liczbę zamówień. Potem przyszła wojna. Jako Żydówka musiała uciekać z Paryża. Schronienie znalazła w Awinionie, gdzie uczyła rysunku i próbowała przetrwać. Po wojnie wróciła do stolicy Francji, ale świat sztuki był już zupełnie inny. Pojawiły się nowe nazwiska, nowe mody, nowe kierunki.

Muter powoli znikała z pamięci.

Mieszkała coraz skromniej. Jej sytuacja finansowa dramatycznie się pogarszała. Do tego doszły problemy ze wzrokiem, które niemal odebrały jej możliwość malowania — a przecież sztuka była całym jej życiem. Kiedy w latach 60. odzyskała częściowo wzrok po operacji, natychmiast wróciła do pracy. Malowała niemal do końca.

Reklama

Zmarła w 1967 roku. Samotna, schorowana, właściwie zapomniana przez świat, który kiedyś ją podziwiał.

Dziś jej obrazy wracają do muzeów i prywatnych kolekcji. Historycy sztuki coraz częściej mówią o niej jako o jednej z najważniejszych polskich artystek XX wieku. Ale może najważniejsze jest coś innego — że po latach znowu ktoś o niej pamięta.

I może właśnie dlatego 14 maja warto postawić obok siebie kilka kwiatów. Nie z obowiązku. Z czułości dla artystki, która przez całe życie próbowała malować prawdę o człowieku.

Reklama

"Autoportret w świetle księżyca" (fot. P. Jamski, kolekcja Bolesława i Liny Nawrockich )

Paryż

"Autoportret" (kolekcja prywatna, źródło: Dom Aukcyjny DESA Unicum)

"Macierzyństwo"

"Macierzyństwo"

"Port rybacki w St. Tropez"  (Muzeum Uniwersyteckie w Toruniu)

(Zdjęcia ze strony niezlasztuka.net)

Źródło: Facebook, niezlasztuka.net
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo WaWa.info




Reklama