Polska budzi się do myślenia o bezpieczeństwie dopiero wtedy, gdy za wschodnią granicą robi się naprawdę głośno. Kolejne komunikaty o rosyjskich prowokacjach, sabotażach, cyberatakach czy możliwym rozszerzeniu konfliktu sprawiają, że pytanie o gotowość państwa przestaje być abstrakcyjną debatą ekspertów. Zaczyna dotyczyć zwykłych ludzi: gdzie się schronić, jak reagować podczas blackoutu, kto pomoże, jeśli zawiodą podstawowe systemy.
I choć oficjalnie Polska jest dziś znacznie lepiej przygotowana na sytuacje kryzysowe niż jeszcze kilka lat temu, to za deklaracjami o procedurach, magazynach i planach kryją się problemy dużo bardziej przyziemne. Bo bezpieczeństwo nie zaczyna się od konferencji ani ustaw. Zaczyna się od ludzi, infrastruktury i sprawnie działających samorządów.
Podczas konferencji „Bezpieczne Samorządy”, organizowanej przez Fundację Veolia, przedstawiciele administracji rządowej przekonywali, że Polska wykonała ogromny krok w stronę budowy systemu ochrony ludności. Rządowe Centrum Bezpieczeństwa prowadzi ćwiczenia obejmujące blackouty, awarie energetyczne czy kryzysy komunikacyjne. Ostatnie manewry „Kaskada 26”, przeprowadzone po doświadczeniach Hiszpanii i Portugalii, objęły jednocześnie sektor energetyczny, ratownictwo oraz komunikację.
Wnioski? Z jednej strony optymistyczne. Według dyrektora RCB Zbigniewa Muszyńskiego miasta coraz lepiej radzą sobie z zarządzaniem kryzysowym, a współpraca służb cywilnych z wojskiem jest dziś jednym z najmocniejszych elementów systemu.
Ale ćwiczenia mają też drugą funkcję — pokazują to, co nadal nie działa.
A lista braków jest długa. W wielu miejscach nie istnieją realne drogi ewakuacji. Brakuje schronów i miejsc schronienia. Część procedur istnieje wyłącznie na papierze, a wiele samorządów zwyczajnie nie ma ludzi, którzy mogliby się tym wszystkim zajmować.
To właśnie na ten problem najmocniej zwracali uwagę przedstawiciele miast. Bo choć państwo przygotowało Program Ochrony Ludności i Obrony Cywilnej wart ponad 37 miliardów złotych, lokalne władze wciąż nie mają pewności, jak i kiedy pieniądze faktycznie do nich trafią.
Najbardziej wybrzmiał głos prezydent Łodzi Hanny Zdanowskiej, która mówiła wprost: samorządy dostały ogrom nowych obowiązków, ale bez realnego zabezpieczenia finansowego.
Problem nie dotyczy wyłącznie sprzętu czy inwestycji. Chodzi przede wszystkim o ludzi. Wydziały zarządzania kryzysowego w wielu gminach już dziś działają na granicy wydolności. Małe samorządy nie mają kadr, które mogłyby organizować ćwiczenia, planować ewakuację mieszkańców, tworzyć systemy ostrzegania czy koordynować działania służb.
A kompetencje w tym obszarze nie pojawiają się z dnia na dzień.
Samorządowcy alarmują, że bez dodatkowych etatów i stabilnego finansowania bezpieczeństwo pozostanie jedynie politycznym hasłem. Tym bardziej że wiele inwestycji wymaga perspektywy wieloletniej. Budowy schronów czy adaptacji budynków nie da się przeprowadzić w rok.
I właśnie tutaj pojawia się jeden z najbardziej niepokojących wniosków: ogromna część istniejącej zabudowy po prostu nie nadaje się do ochrony ludności.
Bloki z lat 60. i 70., których pełno w polskich miastach, mają piwnice pozbawione wyjść ewakuacyjnych i niespełniające współczesnych norm bezpieczeństwa. W praktyce oznacza to, że miejsca, które wielu mieszkańców intuicyjnie uznałoby za schronienie, w sytuacji realnego zagrożenia mogłyby stać się pułapką.
Paradoksalnie lepiej wygląda sytuacja w nowych inwestycjach. Coraz częściej przy okazji modernizacji centrów miast czy budowy nowych osiedli uwzględnia się przestrzenie, które mogą pełnić funkcję miejsc schronienia.
W dyskusji regularnie powracał jeden wspólny wniosek: era oszczędzania na bezpieczeństwie właśnie się skończyła.
Generał Mieczysław Bieniek mówił wprost, że państwo nie może oczekiwać od samorządów realizowania coraz większej liczby zadań bez zwiększania finansowania. Podobnie przedstawiciele sektora prywatnego podkreślali, że bezpieczeństwo infrastruktury krytycznej wymaga ogromnych nakładów i długoterminowego planowania.
Bo problemem nie jest już wyłącznie zakup sprzętu. Pieniądze na koparki, agregaty czy ładowarki często są dostępne. Pytanie brzmi: kiedy taki sprzęt można uruchomić i kto podejmie decyzję o jego użyciu? Firmy utrzymujące infrastrukturę muszą jednocześnie dbać o budżety, konserwację urządzeń i gotowość operacyjną.
RCB odpowiada na te zarzuty spokojnie: system dopiero się buduje i nie da się nadrobić dekad zaniedbań w kilkanaście miesięcy. Przedstawiciele administracji przypominają, że kraje stawiane dziś za wzór — Finlandia, Szwecja czy Szwajcaria — rozwijały swoje systemy ochrony ludności przez dziesięciolecia.
Finowie nie stworzyli sieci schronów w ciągu jednej kadencji ani pod wpływem jednej ustawy. Budowali ją przez ponad 70 lat.
I być może właśnie to jest dziś najważniejsza odpowiedź na pytanie, czy Polska jest bezpieczna.
Nie — nie jest jeszcze gotowa na każdy możliwy scenariusz. Ale po raz pierwszy od lat państwo, samorządy i służby zaczynają mówić jednym językiem: bezpieczeństwo nie jest kosztem dodatkowym. Jest fundamentem.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze