Dawna Wigilia nie była miłym wstępem do świątecznego obżarstwa. Była próbą. Sprawdzianem cierpliwości, dyscypliny i umiejętności czekania. Przez wieki nikt nie miał wątpliwości, że to dzień postny — prawdziwie postny, a nie symboliczny.
Nie jadło się mięsa. Nie jadło się masła, mleka ani jaj. Często nie jadło się nic aż do wieczora. Post nie był dodatkiem do tradycji, lecz jej fundamentem. Dopiero na tym fundamencie można było budować święto.
A święto musiało być wyjątkowe. Dlatego Wigilia była jednocześnie skromna i wystawna. Paradoksalna od początku do końca. Zakazana była obfitość mięsa, ale dozwolona — i wręcz pożądana — obfitość ryb. To one ratowały sens tego wieczoru.
Ryby były wszędzie. W zupach, galaretach, pasztetach, sosach winnych i piwnych. Gotowane, pieczone, faszerowane. Słodkie i kwaśne jednocześnie. W dawnej Polsce jadano ich znacznie więcej niż dziś: jesiotry, szczupaki, liny, certy, sandacze, łososie rzeczne. Karp był tylko jednym z wielu — nie królem, lecz uczestnikiem uczty.
Logika postu była inna niż dziś. Liczyła się „natura” pokarmu, nie jego pochodzenie biologiczne. To, co żyło w wodzie, było zimne, a więc dozwolone. Dlatego na wigilijnych stołach pojawiały się potrawy, które dziś budzą zdumienie — jak bóbr. Jego tłusty ogon, przyprawiany drogimi korzeniami, uchodził za prawdziwy rarytas.
Najbardziej widowiskowe były wigilie magnackie. Formalnie postne, w rzeczywistości pełne kulinarnego przepychu. Kilkanaście, a czasem kilkadziesiąt dań. Zupy rybne klarowne jak złoto, zupa migdałowa jako symbol luksusu, wyszukane przekąski, a nawet nowinki kulinarne przywożone z zagranicy. Post nie znikał — był po prostu sprytnie obchodzony.
Dla biedniejszych Wigilia wyglądała inaczej. Na stołach królowały kapusta, groch, mak, grzyby i zboża. Kutia, makiełki, siemieniotka. Potrawy proste, ale pełne znaczenia. Ten sam kalendarz, ta sama religia — zupełnie inne doświadczenie.
Słodkości także podporządkowane były zasadom. Ciasta pieczono bez jaj i masła, a kolor uzyskiwano dzięki miodowi. Smaki słodkie mieszały się z wytrawnymi bez skrępowania. Dla dawnych kucharzy nie było w tym nic dziwnego.
Dopiero po pasterce wolno było sięgnąć po mięso. Wino traktowano jak pożywienie i uznawano za postne, natomiast nadmiar alkoholu potępiano jako sprzeczny z powagą święta.
Jak przypomina Jarosław Dumanowski, dawna Wigilia nie była sentymentalnym rytuałem ani folklorem. Była momentem granicznym — zawieszeniem między głodem a obfitością, ciszą a radością, postem a świętem.
I może właśnie dlatego przetrwała. Bo uczyła, że prawdziwe świętowanie nie zaczyna się od stołu, lecz od umiejętności czekania.
red./PAP
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze