Andrzej Poczobut nie mówi o sobie jak o bohaterze. Nie buduje legendy człowieka, który przetrwał więzienie Łukaszenki i wrócił do Polski po ponad pięciu latach odosobnienia. W jego opowieści nie ma patosu ani triumfalizmu. Jest za to spokój człowieka, który wie, że zapłacił wysoką cenę za pozostanie wiernym własnym zasadom. I który mimo wszystkiego nadal chce wrócić na Białoruś. Nie po zemstę, nie po politykę, ale do ludzi, których uważa za swoją wspólnotę.
– Gdyby chodziło wyłącznie o moje życie, wyjechałbym już w 2021 roku. Byłbym dziś zdrowszy, grubszy i bardziej uśmiechnięty – mówi z gorzkim uśmiechem. Ale wtedy, jak podkreśla, zostawiłby innych samych. A na to nie potrafił się zgodzić.
Poczobut został zatrzymany w marcu 2021 roku razem z działaczami Związku Polaków na Białorusi. Władze oskarżyły ich między innymi o „gloryfikację” Armii Krajowej. Dla białoruskiego reżimu pielęgnowanie polskiej pamięci historycznej stało się politycznym zagrożeniem.
Najbardziej absurdalne było jednak to, że dowodami w sprawie przeciwko niemu stały się materiały z czasów stalinowskich. Śledczy sięgali po dokumenty NKWD z lat 40. i 50., próbując udowodnić, że pamięć o żołnierzach AK jest działalnością „antypaństwową”. Poczobut przez miesiące studiował akta własnej sprawy w więziennej celi, robiąc notatki, które później mu odebrano. Szczególne miejsce w jego opowieści zajmują Surkonty – symboliczne dla Polaków na Białorusi miejsce pamięci żołnierzy Armii Krajowej poległych w walce z NKWD. Gdy w 2022 roku białoruskie władze zniszczyły cmentarz przy użyciu buldożerów, wiadomość dotarła także za więzienne mury. To był dla niego jeden z najtrudniejszych momentów całego uwięzienia. Mimo represji pamięci nie udało się jednak wymazać. Jak opowiada Poczobut, nawet po zniszczeniu nekropolii ludzie nadal przynosili tam drewniane krzyże. W ciszy, często nocą. Tak, by miejsce nie zostało zapomniane.
Więzienna codzienność była oparta na systematycznym wyniszczaniu psychiki. Poczobut większość czasu spędzał w karcerze albo w odosobnionej celi. Żeby nie zamarznąć, robił pompki i codziennie zapisywał ich liczbę, próbując poprawiać własne wyniki. Czytał wszystko, co było dostępne, choć biblioteka oferowała głównie rosyjską klasykę. Korzystanie z języka polskiego było zakazane.
Świat zewnętrzny docierał do więźniów fragmentami. Czasem przez strzępy wiadomości z radia, czasem przez reakcje strażników. Tak dowiedzieli się o rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Funkcjonariusze więzienni początkowo świętowali ofensywę Rosjan, przekonani, że wojna zakończy się błyskawicznym zwycięstwem Moskwy. Nastroje zmieniły się dopiero wtedy, gdy okazało się, że Ukraińcy stawiają skuteczny opór. Poczobut wspomina te sceny bez emocjonalnych ozdobników. W jego relacji najwięcej mówią właśnie detale: zimna cela, wojenne pieśni lecące z więziennych głośników, strażnicy biegający po korytarzach z entuzjazmem po pierwszych dniach wojny. To obraz systemu, który żyje propagandą równie mocno jak represją.
Najbardziej uderzające w historii Poczobuta jest to, że mimo wszystkiego nie mówi o definitywnym rozstaniu z Białorusią. Wręcz przeciwnie. Podkreśla, że chce wrócić do Grodna, do ludzi i do organizacji, która – mimo presji władz – przetrwała najtrudniejszy czas.
Według niego to właśnie determinacja zwykłych członków Związku Polaków na Białorusi sprawiła, że organizacja nie przestała istnieć nawet wtedy, gdy jej liderzy trafili za kratki. – Gdy siedzieliśmy w więzieniu, ludzie z drugiego szeregu nie wyjechali. Zostali – mówi. Dla Poczobuta stawką nigdy nie była wyłącznie osobista wolność. Chodziło o coś znacznie większego – o zachowanie polskiej tożsamości na Białorusi, języka, pamięci i wspólnoty. Dlatego odmówił wyjazdu z kraju w zamian za uwolnienie. Nie chciał zostawić ludzi, których wcześniej zachęcał do angażowania się w działalność społeczną i historyczną. Dziś, już po odzyskaniu wolności, nadal mówi o odpowiedzialności. Nie o polityce, nie o własnej krzywdzie, ale właśnie o odpowiedzialności za ludzi i pamięć. Być może dlatego jego historia brzmi bardziej jak świadectwo niż polityczny manifest. I właśnie dlatego trudno przejść obok niej obojętnie.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze