Wieczór w Gdańsku miał smak futbolowego dramatu. Na trybunach ponad 35 tysięcy kibiców, ogromne emocje i świadomość, że dla Lechii to mecz o coś więcej niż tylko trzy punkty. Gdańszczanie długo walczyli z Legią Warszawa jak równy z równym, momentami byli nawet bliżej zwycięstwa. Ostatecznie jednak zostali z niczym. W trzeciej minucie doliczonego czasu Antonio Colak wbił gospodarzom nóż prosto w serce i zapewnił Legii wygraną 2:1.
Dla zespołu z Warszawy to trzecie ligowe zwycięstwo z rzędu. Dla Lechii — kolejny bolesny cios w końcówce sezonu, który coraz wyraźniej pachnie spadkiem.
Od początku było widać, że goście przyjechali do Gdańska po pełną pulę. Legia grała odważnie, wysoko podchodziła pressingiem i szybko zaczęła przejmować kontrolę nad meczem. Już w 11. minucie defensywa Lechii popełniła błąd, który na tym poziomie zwykle kończy się stratą gola.
Kacper Chodyna bez większego oporu dośrodkował z prawej strony, a Jean-Pierre Nsame wygrał walkę w polu karnym i precyzyjną główką pokonał Alexandra Paulsena. Problem gospodarzy polegał jednak nie tylko na skuteczności napastnika Legii, ale przede wszystkim na biernej postawie obrońców. Nikt nie doskoczył do Kameruńczyka, nikt nie przeciął wrzutki, nikt nie wziął odpowiedzialności.
Legia mogła prowadzić wyżej jeszcze przed przerwą. Najbliżej był Jan Leszczyński, którego uderzenie głową zatrzymało się na słupku. Lechia odpowiadała bardziej ambicją niż konkretem, choć pod koniec pierwszej połowy zaczęła coraz odważniej atakować. Tomas Bobcek próbował zaskoczyć Otto Hindricha, a chwilę wcześniej czujność bramkarza Legii sprawdził także Bujar Pllana.
Mimo tego to warszawianie schodzili do szatni spokojniejsi.
Po przerwie obraz meczu zaczął się zmieniać. Lechia grała szybciej, agresywniej i wreszcie zaczęła zamykać Legię na jej połowie. Gospodarze kilka razy byli bardzo blisko wyrównania — najpierw po stałym fragmencie gry piłka odbiła się od słupka, później minimalnie niecelnie uderzał Pllana.
W końcu presja przyniosła efekt. W 63. minucie Camilo Mena idealnie dośrodkował z prawej strony, a Tomas Bobcek kapitalnym strzałem głową pokonał Hindricha. Stadion eksplodował. Słowak zdobył swoją 18. bramkę w sezonie i potwierdził, że jest dziś jednym z najważniejszych piłkarzy Lechii.
Gdańszczanie poczuli krew. Chwilę później świetną okazję zmarnował Kacper Sezonienko, a w 78. minucie Bobcek mógł zostać bohaterem wieczoru. Po błędzie Legii dostał doskonałe podanie od Meny, ale jego uderzenie nogą fantastycznie obronił bramkarz gości.
To był moment, który mógł uratować sezon Lechii.
Końcówka meczu zamieniła się w futbolowy chaos. W 86. minucie Lechia została osłabiona po tym, jak Iwan Żelizko obejrzał drugą żółtą kartkę za faul na Juergenie Elitimie. Chwilę później przy linii bocznej wybuchła ogromna awantura. Rafał Augustyniak starł się z Camilo Meną, zawodnicy obu drużyn ruszyli do siebie, a atmosfera zrobiła się wręcz wrząca.
Gospodarze mimo gry w osłabieniu desperacko bronili remisu. W doliczonym czasie Matus Vojtko dwukrotnie wybijał piłkę niemal z linii bramkowej. Za trzecim razem Lechia już jednak nie przetrwała. Futbolówka spadła pod nogi Antonio Colaka, byłego zawodnika gdańskiego klubu, który z kilku metrów skierował ją głową do siatki.
Na stadionie zapadła cisza. Legia eksplodowała z radości.
Po końcowym gwizdku emocje nie opadły. Kibice Lechii nie kryli frustracji i w ostrych słowach ocenili postawę zespołu. W dyskusję z fanami wdawał się nawet kapitan drużyny Rifet Kapić.
Sytuacja Lechii staje się dramatyczna. W ostatnich sześciu meczach ligowych gdańszczanie zdobyli tylko punkt i przed finałową kolejką wciąż nie mogą być pewni utrzymania. O wszystkim zdecyduje wyjazdowe spotkanie z Bruk-Bet Termalicą Nieciecza.
Legia z kolei kończy sezon w zdecydowanie lepszych nastrojach. Warszawianie złapali rytm, wygrali trzeci raz z rzędu i do ostatniego meczu z Motorem Lublin podejdą już bez większej presji.
































Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze