Jeszcze kilkanaście lat temu obcobrzmiące imiona wywoływały emocje – jednych zachwycały nowoczesnością, innych drażniły. Dziś Brajan i Dżesika są raczej bohaterami memów niż list narodzin. Czy to znak powrotu do tradycji? A może coś znacznie bardziej złożonego dzieje się z naszym podejściem do imion?
— Imiona są barometrem epoki, ale nie reagują na nią wprost — tłumaczy socjolog i antropolog kultury Paweł Tomanek. W rozmowie z PAP pokazuje, że moda na imiona nie znika, tylko zmienia reguły gry.
Na czele rankingów od lat pojawiają się Zofie, Hanny, Janowie i Antonowie. To imiona o długiej historii w polskiej kulturze — i właśnie dlatego wielu obserwatorów mówi o „zwrocie ku tradycji”. Zdaniem Tomanka nie ma tu jednak przełomu. Podobny układ widać co najmniej od kilkunastu lat, zwłaszcza wśród imion chłopięcych, które są mniej podatne na chwilowe mody.
Inaczej jest z dziewczynkami. Tu klasyka miesza się z imionami „odkrytymi na nowo”: Mają, Laurą czy Polą. — To formy obecne w Polsce od dawna, ale długo rzadko nadawane. Często mają literacki, książkowy rodowód i wymykają się prostemu podziałowi na tradycyjne i nowoczesne — zauważa socjolog.
Różnica między wyborami imion dla chłopców i dziewczynek nie jest przypadkowa. To zjawisko znane z badań międzynarodowych. Imiona chłopięce silniej wiążą się z przekazywaniem statusu i ciągłości — stereotypowo to syn „niesie dalej” nazwisko i pozycję rodziny. Imiona żeńskie szybciej reagują na trendy i częściej pełnią funkcję estetyczną.
— Moda na krótkie, dwusylabowe imiona to klasyczny mechanizm odróżniania się od poprzedniego pokolenia — mówi Tomanek. W latach 90. królowały dłuższe formy, dziś wygrywa zwięzłość.
Wbrew obiegowej opinii, Brajanowie i Dżesiki nigdy nie byli masowym zjawiskiem. Nawet w szczycie popularności imię Brajan otrzymywało rocznie kilkaset dzieci, a Dżesika — zaledwie około stu. Dlaczego więc zniknęli niemal całkowicie?
— Stały się obiektem społecznego szyderstwa — tłumaczy socjolog. — Rodzice coraz częściej mają świadomość, że takie imię może dziecko naznaczać klasowo. W Polsce efekt ten jest dziś słabszy niż w latach 90., ale nadal działa — częściej przez unikanie pewnych imion niż ostentacyjny wybór innych.
Obcobrzmiące imiona bywały próbą „podarowania dziecku świata”. Rodzice o mniejszym kapitale kulturowym sięgali po zapożyczenia z popkultury czy języka angielskiego, wierząc, że to atut. Społeczny odbiór bywał jednak odwrotny.
Popkultura ma zresztą ograniczoną siłę. Impuls z filmu czy serialu działa tylko wtedy, gdy trafia w szerszy trend. Amelia — dzięki francuskiemu hitowi z początku XXI wieku — jest wyjątkiem. Isaura, choć rozpoznawalna, pozostała niszowa.
Najciekawsza zmiana dotyczy nie samych imion, lecz skali. Dziś nawet te najpopularniejsze stanowią mniejszy odsetek nadań niż 20–30 lat temu. Rodzice szukają kompromisu: imienia znanego, ale nie „zajechanego”.
— To efekt indywidualizacji wyborów — mówi Tomanek. — Imię ma być rozpoznawalne, ale nie seryjne.
Etymologia interesuje świadomie tylko część rodziców. Zwykle decyduje brzmienie, estetyka i osobiste skojarzenia. Biblijne znaczenia — pszczoła, owca czy krowa — dawno odkleiły się od imion takich jak Debora, Rachela czy Lea.
— Znaczenie imienia żyje w kulturze, nie w słowniku etymologicznym — podkreśla socjolog. — Imiona są symbolami.
Historycznie drugie imię było znakiem elitarności. Dziś pełni wiele ról: hołduje dziadkom, godzi rodziców, „zabezpiecza” przyszłość dziecka. W formalnych sytuacjach potrafi zmieniać odbiór osoby — inaczej brzmi „Anna Maria”, inaczej „Anna Lena”.
Współczesne imię coraz rzadziej jest przypadkiem. Opowiada o wartościach, aspiracjach i tożsamości rodziców. Jest jednym z pierwszych komunikatów wysyłanych światu — i jednym z najtrwalszych.
— Imiona pokazują napięcie między tradycją a indywidualnością — podsumowuje Paweł Tomanek. — Klasyka wraca, ale już nie jako jedyna norma. To świadomy wybór miejsca dziecka w społeczeństwie.
red./PAP
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze