Gdy rząd ogłasza kolejną próbę „uszczelniania systemu odpadowego”, w wielu urzędach gmin wiejskich słychać westchnienie tak ciężkie, jakby przetaczano kontener na gruz. Samorządowcy mają déjà vu: znów dostali projekt, który – ich zdaniem – bardziej przypomina łatany na szybko worek na śmieci niż solidne rozwiązanie dla gospodarki odpadami.
Związek Gmin Wiejskich RP (ZGWRP) tym razem nie owija w bawełnę: projekt nowelizacji ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach ocenia negatywnie. Co więcej, twierdzi, że ustawa – po latach nowelizacji i dopisków – jest już tak nieczytelna, że „trzeba ją napisać od nowa”.
W samorządowym środowisku od dawna powtarza się jedną mantrę: zamiast kolejnych reperacji potrzebna jest budowa całego systemu od fundamentów, z udziałem praktyków, a nie tylko ministerialnych kalkulatorów.
Najostrzejsza część krytyki dotyczy zabudowy wielolokalowej. Projekt – według Związku – próbuje zrzucić na gminy odpowiedzialność za infrastrukturę odpadową w miejscach, gdzie… gmina nie ma żadnych praw majątkowych.
Wójtowie i burmistrzowie mówią wprost: jeśli państwo chce nakładać na samorządy nowe obowiązki, musi dać im również narzędzia. Inaczej to tak, jakby kazać strażakowi ugasić pożar, ale odmówić mu wstępu do płonącego budynku.
Kolejnym polem minowym stały się PSZOK-i. Dla mieszkańców wsi to często jedyne miejsce, gdzie mogą legalnie oddać problematyczne odpady. Dla gmin – inwestycje realizowane latami i z trudem.
Projekt zakłada jednak coś, co samorządowcy odbierają jako otwarcie furtki do komercji. PSZOK miałby przyjmować odpady inne niż komunalne, i to odpłatnie. Związek protestuje: gminne punkty powstały z pieniędzy obywateli i powinny służyć wyłącznie odbiorowi odpadów komunalnych w ramach systemu, nie być „boksem usługowym dla zewnętrznych firm”.
ZGWRP chce czegoś zupełnie odwrotnego – pełnej swobody w decydowaniu o liczbie, lokalizacji i zasadach działania PSZOK-ów. „Pozwólcie nam je prowadzić tak, jak naprawdę potrzebują nasi mieszkańcy” – apelują wójtowie.
Co ciekawe, wśród krytyki znalazły się także elementy, które Związek ocenia pozytywnie. Rozszerzenie tzw. zwolnień kompostownikowych na budynki inne niż jednorodzinne – na przykład bliźniaki czy wielopokoleniowe gospodarstwa rolne – zostało przyjęte z uznaniem.
Ale już pomysł objęcia ulgami rodzinnych ogródków działkowych oraz domków letniskowych spotkał się z oporem. Samorządowcy obawiają się, że gmina zacznie dopłacać do systemu, z którego korzystają osoby funkcjonujące tam sezonowo.
Najwięcej emocji budzą jednak propozycje ulg o charakterze socjalnym — rozwiązania, które nie mają nic wspólnego z faktyczną ilością wytwarzanych odpadów. Związek przypomina, że pomoc dla osób potrzebujących powinna trafiać z systemu opieki społecznej, a nie być finansowana ze śmieciowych opłat. Jak podkreślają samorządowcy, „nie można mieszać polityki socjalnej z gospodarką odpadami”.
Projekt wprowadza możliwość ustalania opłaty za odpady na podstawie ich masy. Dla ZGWRP to pomysł, który może skończyć się jednym: podrzucaniem śmieci, wyrzucaniem ich do lasu, zostawianiem przy drogach.
Samorządowcy zwracają uwagę nie tylko na ryzyko nadużyć, lecz także na wewnętrzne niespójności projektu – raz mowa o odpadach „wytworzonych”, innym razem o „odebranych”. A to w systemie, który chce opierać opłaty na wadze, jest różnicą fundamentalną.
Wójtowie przyznają: dobrym kierunkiem jest wprowadzenie tzw. deklaracji zerowych, dzięki którym będzie wiadomo, kto formalnie nie uczestniczy w systemie. Problem w tym, że brakuje narzędzi kontroli.
Dane wodno-kanalizacyjne? – W wielu gminach wiejskich nie istnieje pełna sieć, więc odczyt zużycia wody nie powie nam nic o faktycznej liczbie mieszkańców – tłumaczą przedstawiciele ZGWRP.
Dlatego żądają dostępu do danych z rejestrów oświatowych i opieki społecznej. Nie po to, by inwigilować mieszkańców, lecz by zapobiec sytuacjom, w których liczba domowników – cudownie – zmienia się w zależności od tego, czy chodzi o uzyskanie świadczeń socjalnych, czy o wysokość opłaty śmieciowej.
ZGWRP apeluje również o jedno: standaryzację. Dziś każda gmina ma w swoich regulaminach inne warunki prowadzenia selektywnej zbiórki, co – jak twierdzą samorządowcy – jest efektem uchylania się resortu od stworzenia przejrzystych zasad dla całego kraju.
Chcą jednolitych kryteriów, kiedy wójt ma obowiązek nałożyć opłatę podwyższoną oraz jak powiadamiać właścicieli o naruszeniach. Dziś każdy robi to inaczej, a chaos informacyjny odbija się zarówno na mieszkańcach, jak i na budżetach gmin.
Listopadowa opinia Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego była jednoznaczna – również negatywna. Wcześniej podobną ocenę wystawił Związek Miast Polskich.
A jednak rząd chce iść dalej. Projekt zakłada wprowadzenie systemu „płać za to, co wyrzucasz”, zwiększenie kompetencji wójtów przy weryfikacji deklaracji oraz wymóg minimalnej liczby PSZOK-ów na danym terenie. Dodatkowo daje wójtom prawo żądać od przedsiębiorstw wodociągowych danych o zużyciu wody w poszczególnych lokalach.
Zdaniem samorządowców to wciąż za mało, a jednocześnie za dużo – bo zamiast prostego, przejrzystego systemu otrzymują kolejną warstwę regulacji, które łatwo zinterpretować w sprzeczny sposób.
Spór o odpady to nie tylko technikalia. Mowa o tym, komu w Polsce powierza się realną odpowiedzialność za usługi publiczne i czy prawo tworzy się z myślą o praktykach, czy w gabinetach odległych od wiejskiego krajobrazu.
Gminy wiejskie mówią wprost: czas skończyć z doraźnymi poprawkami. Jeśli państwo chce mieć skuteczny system gospodarowania odpadami, musi zacząć od czystej kartki – takiej, na której zmieszczą się zarówno realne potrzeby mieszkańców, jak i konieczne standardy ekologiczne.
Na razie jednak debata przypomina przesypywanie śmieci z kubła do kubła.
red./PAP
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze