Sterty gazet, worki pełne „przydasiów”, mieszkania, do których nie da się wejść bez przeciskania się między przedmiotami. Gdy media opisują takie historie, szybko pada słowo „zbieractwo”. Ale czy to zawsze choroba psychiczna? A może tylko dziwactwo, brak porządku albo ekscentryczny styl życia? Jak zwykle w psychiatrii – odpowiedź nie jest prosta.
Jak tłumaczy Tomasz Sobów, zbieractwo to pojęcie parasolowe. Czasem oznacza samodzielne zaburzenie psychiczne, czasem jest jedynie objawem zupełnie innego problemu. I właśnie od tej różnicy zaczyna się prawdziwe rozumienie zjawiska.
W klasyfikacjach psychiatrycznych istnieje dziś jednostka nazywana zaburzeniem gromadzenia. To rozpoznanie stosunkowo nowe, lokowane blisko zaburzeń kontroli impulsów. W tym sensie można mówić o chorobie samej w sobie. Ale w praktyce klinicznej bardzo często zbieractwo okazuje się sygnałem ostrzegawczym – objawem innych zaburzeń psychicznych lub neurologicznych.
Najczęściej towarzyszy zaburzeniom obsesyjno-kompulsywnym. Pojawia się też w otępieniach, zwłaszcza czołowo-skroniowych, gdzie uszkodzeniu ulegają obszary mózgu odpowiedzialne za planowanie, organizację i ocenę sytuacji. Bywa obecne w długo nierozpoznanym ADHD – nawet u osób w bardzo późnym wieku. W takich przypadkach gromadzenie nie jest sednem problemu, lecz jego widocznym znakiem.
Definicja psychiatryczna jest zaskakująco konkretna. Po pierwsze: gromadzone są przedmioty, które nie mają realnej wartości użytkowej albo – nawet jeśli teoretycznie mogłyby się przydać – nigdy nie są używane. Celem nie jest korzystanie z nich, lecz samo posiadanie. Po drugie: kluczowa jest ogromna trudność w pozbywaniu się rzeczy.
Pacjenci często powtarzają mantrę: „to się jeszcze może przydać”. Bliscy z przekąsem mówią o „przydasiach”, które zajmują pół mieszkania. Problem w tym, że nikt – łącznie z osobą gromadzącą – nie potrafi powiedzieć, do czego konkretnie te przedmioty miałyby się kiedyś przydać.
Granica między kolekcjonowaniem a zbieractwem bywa cienka, ale z punktu widzenia psychiatrii jest wyraźna. Kolekcjoner wie, co zbiera. Potrafi opisać swoją kolekcję, uporządkować ją, wskazać kryteria wartości. Nawet jeśli wartość jest subiektywna albo „na przyszłość”, działanie pozostaje selektywne i zorganizowane.
Zbieractwo działa inaczej. Jest impulsywne, chaotyczne, pozbawione sensownego ładu. Kryterium bywa bardzo szerokie – na przykład „wszystko, co zadrukowane” – ale nie towarzyszy mu plan, porządek ani realna wizja wykorzystania. Gdy gromadzenie prowadzi do realnego zagrożenia, jak zawalenie się stropu czy niemożność normalnego funkcjonowania, lampka ostrzegawcza powinna zapalić się natychmiast.
Skala zjawiska pozostaje niejasna. Badań jest niewiele, a jedno z amerykańskich sugerowało, że problem może dotyczyć nawet około dwóch procent populacji. To bardzo dużo – ale był to wynik z jednego regionu i jednego badania. Paradoksalnie więcej o zbieractwie wiedzą pracownicy socjalni niż psychiatrzy. To oni najczęściej trafiają do takich mieszkań, bo zaburzenie szybko staje się uciążliwe dla otoczenia.
Szczególną, bardzo medialną formą problemu jest tzw. animal hoarding, czyli gromadzenie zwierząt. Czasem ma ono „samarytańskie” źródło – ludzie ratują chore, porzucone zwierzęta, chcą pomóc. Czasem tego motywu w ogóle nie ma. Niezależnie od intencji skutki bywają dramatyczne: cierpią zwierzęta, a sytuacja przerasta możliwości jednej osoby.
W gabinecie psychiatrycznym widać dwie główne grupy pacjentów. Pierwsza to osoby, u których objawy zaczynają się wcześnie – nawet w młodym wieku – ale narastają latami i długo pozostają niezauważone. Druga to osoby starsze, u których zbieractwo pojawia się wtórnie, na tle otępienia, chorób mózgu czy innych zaburzeń organicznych. W tym drugim przypadku gromadzenie jest raczej behawioralnym wskaźnikiem głębszego problemu.
Bywa też, że pozorne zbieractwo okazuje się czymś zupełnie innym. Prof. Sobów wspomina pacjentkę, która zaczęła od zbierania wyrzuconych zabawek i oddawania ich do domów dziecka. Z czasem zachowanie wymknęło się spod kontroli. Ostatecznie przyczyną okazał się proces rozrostowy w ośrodkowym układzie nerwowym. Obraz przypominał zaburzenie gromadzenia, ale nim nie był.
Specjaliści podkreślają jedno: w zbieractwie problemem nie są przedmioty, lecz emocje. To zaburzenie regulacji lęku, kontroli impulsów i funkcji wykonawczych – planowania, organizowania, oceniania sytuacji. Gromadzenie daje chwilowe poczucie bezpieczeństwa, redukuje napięcie. Działa jak natręctwo: na moment przynosi ulgę, po czym trzeba je powtórzyć.
Co ciekawe, większość osób dotkniętych tym problemem nie potrafi sensownie wyjaśnić, dlaczego to robi. A ci, którzy potrafią to logicznie uzasadnić, często… wcale nie spełniają kryteriów zaburzenia.
Bo zwykle nie widzą problemu. W psychiatrii nazywa się to brakiem wglądu. Zgłoszenia niemal zawsze pochodzą od kogoś z zewnątrz – rodziny, sąsiadów, czasem personelu medycznego, który trafia na problem przy okazji leczenia zupełnie innej choroby. Psychiatra pojawia się zazwyczaj bardzo późno, gdy sytuacja już dawno eskalowała.
Zbieractwo należy do najbardziej stygmatyzowanych zaburzeń psychicznych. Jest dalekie od codziennego doświadczenia większości ludzi. Depresję w jakiejś formie znamy prawie wszyscy. Zbieractwa – nie. To, czego nie rozumiemy, budzi lęk i odrazę. Stąd łatwe etykiety: „syfiarz”, „brudas”. Im dalej zaburzenie odbiega od tego, co znamy z własnego życia, tym trudniej je społecznie oswoić.
W klasycznym zaburzeniu gromadzenia najlepiej udokumentowana jest psychoterapia poznawczo-behawioralna, prowadzona według specjalnych protokołów. Leki mogą pomóc, ale nie działają jak magiczny przełącznik. Jeśli zbieractwo jest objawem innego problemu, kluczowe jest leczenie przyczyny. Zdarza się, że wdrożenie właściwej terapii – na przykład w nieleczonym ADHD – całkowicie eliminuje problem gromadzenia.
Bez oskarżeń i bez wojny. Zamiast: „zrób z tym porządek”, lepiej powiedzieć: „martwię się”, „boję się”, „to mnie przerasta”. Gwałtowne interwencje rzadko pomagają. Metoda małych kroków jest znacznie skuteczniejsza niż sanepid, policja i przymus.
Nie ignorować wczesnych sygnałów: izolacji, wycofania, rozpadu relacji. Im wcześniej pojawi się reakcja, tym większa szansa na realną pomoc. A jeśli rozmowa staje się niemożliwa, to często znak, że coś zostało przegapione dużo wcześniej.
red./PAP
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze