Miało być wielkie święto futbolu, a momentami można było odnieść wrażenie, że ktoś pomylił finał mistrzostw świata z Super Bowl. Było głośno, kolorowo, gwiazdorsko i – przede wszystkim – długo. Zdecydowanie za długo. Amerykanie dostali mundial i zrobili to, co potrafią najlepiej: show. Tylko czy piłka nożna rzeczywiście aż takiego show potrzebowała?
Wayne Rooney najwyraźniej uznał, że nie. Gdy w studiu BBC One zapytano go o występ przygotowany na przerwę finałowego spotkania, legenda reprezentacji Anglii nawet nie próbowała silić się na dyplomację.
– Będę szczery, najbardziej podobało mi się, kiedy to się skończyło – wypalił.
A po chwili dołożył jeszcze mocniej:
– Lubię wielu z tych artystów, ale to było beznadziejne.
Trudno powiedzieć, żeby Rooney był w swoim odczuciu całkowicie osamotniony.
Trzeba przyznać jedno: rozmachu organizatorom odmówić nie można. W przerwie finału działo się właściwie wszystko. Na scenie pojawiły się wielkie nazwiska, wśród nich Madonna czy Justin Bieber, a całe widowisko bardziej przypominało występ przygotowany na finał NFL niż tradycyjną przerwę podczas meczu piłkarskiego. Było popowo, międzynarodowo i momentami tak intensywnie, jakby ktoś postanowił zmieścić kilka różnych gal i koncertów w jednym wydarzeniu.
Zresztą nie tylko na scenie roiło się od gwiazd. Trybuny również zamieniły się w coś na kształt czerwonego dywanu. Beyoncé, Pharrell Williams, Kevin Bacon, Tom Cruise - lista znanych twarzy zdawała się nie mieć końca. Sam Cruise również dostał swoją rolę w całym spektaklu. Wszystko musiało być większe, głośniejsze i bardziej hollywoodzkie.
Bo skoro mundial odbywa się w Stanach Zjednoczonych, to - cóż - trudno chyba oczekiwać, że Amerykanie nagle zrezygnują z bycia Amerykanami. Problem w tym, że piłka nożna ma już własny teatr. I od ponad stu lat całkiem nieźle radzi sobie bez przerabiania go na Super Bowl.
Największe zastrzeżenia nie dotyczyły jednak nawet samego poziomu widowiska. Chodziło o jego długość. Przerwa trwała ponad 27 minut, czyli znacznie dłużej niż podczas normalnego meczu. Z perspektywy widza przed telewizorem można oczywiście uznać, że dodatkowy koncert nikomu nie zaszkodzi. Dla piłkarzy wygląda to jednak zupełnie inaczej.
Przerwa w meczu nie jest przypadkowym kwadransem wolnego. To bardzo konkretny element spotkania. Zawodnicy mają chwilę na złapanie oddechu, uzupełnienie płynów i wysłuchanie uwag trenera. To właśnie wtedy można skorygować ustawienie, zmienić sposób pressingu albo zwrócić uwagę na coś, co nie funkcjonowało przez pierwsze 45 minut.
Potem trzeba wrócić na boisko – nadal będąc w rytmie meczu.
Kiedy jednak przerwa przeciąga się niemal do pół godziny, organizm zaczyna się wyciszać. Mięśnie stygną, zawodnicy potrzebują kolejnej rozgrzewki, a dynamika spotkania zostaje zaburzona. I wszystko to nie dlatego, że wydarzyło się coś nieprzewidzianego, ale dlatego, że ktoś uznał, iż pomiędzy pierwszą a drugą połową finału mundialu koniecznie trzeba jeszcze urządzić dość długi spektakl.
Można więc zrozumieć irytację Rooneya. Zwłaszcza że jako były piłkarz patrzył na całe wydarzenie nie tylko jak telewizyjny ekspert, ale również człowiek, który doskonale wie, jak wygląda funkcjonowanie zawodnika podczas najważniejszego meczu w życiu.
Po całym finale pozostało jeszcze jedno, dość osobliwe wrażenie. Amerykanie chcieli pokazać światu, że potrafią zrobić wielki piłkarski spektakl. I rzeczywiście pokazali. Tyle że zrobili go według własnej definicji wielkiego wydarzenia sportowego.
W Europie czy Ameryce Południowej futbol nie potrzebuje aż tylu dodatków. Tam sam mecz jest wydarzeniem. Kibice żyją ustawieniem, zmianami, pojedynkami zawodników, kontrowersjami i wynikiem. Finał mistrzostw świata nie potrzebuje dodatkowego uzasadnienia swojej wielkości. Jest wielki z definicji.
W Stanach Zjednoczonych najwyraźniej zwyciężyło inne podejście: skoro cały świat patrzy, trzeba dać mu największe możliwe show.
I tak finał mundialu dostał trochę Super Bowl, trochę koncertu pop, trochę Hollywood i całą galaktykę celebrytów na trybunach. Było efektownie. Było momentami imponująco. Było też zwyczajnie dziwnie.
Oczywiście finały mistrzostw świata nigdy nie były wydarzeniami skromnymi. Zawsze towarzyszyły im ceremonie, muzyka, kolory i wielkie nazwiska. Tym razem jednak granica między oprawą meczu a samym meczem wyraźnie się przesunęła.
Na końcu - jak zwykle w futbolu - i tak najważniejsze wydarzyło się na murawie. Hiszpanie sięgnęli po mistrzostwo świata, wygrywając finał 1:0 po golu Ferrana Torresa w dogrywce. Można zaprosić największe gwiazdy muzyki i Hollywood, zbudować ogromną scenę i urządzić widowisko na pół świata, ale kiedy piłka znowu zaczyna się toczyć, cała reszta natychmiast schodzi na dalszy plan.










Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze