Kiedy Yoel Gamzou mówi o muzyce, nie zostawia miejsca na półśrodki. Dla niego sztuka nie istnieje po to, by imponować formą czy erudycją. Ma działać – bezpośrednio, emocjonalnie, bez barier. „Jeśli widzowie nie są poruszeni, to znaczy, że to my, artyści zawiedliśmy” – podkreśla z bezkompromisową szczerością.
Nowy dyrektor muzyczny w warszawskim Teatrze Wielkim – Operze Narodowej nie ukrywa, że obejmując stanowisko w stolicy Polski, wchodzi w przestrzeń naznaczoną historią i tradycją. Ale zamiast traktować ją jak ciężar, widzi w niej zobowiązanie. I szansę.
Gamzou nie chce opery, którą się „ogląda”. Chce opery, którą się przeżywa. Takiej, która zostaje z widzem długo po opuszczeniu sali.
Jego wizja jest prosta, choć wymagająca: każdy spektakl powinien być wydarzeniem. Nie kolejnym punktem w repertuarze, ale momentem, w którym „coś naprawdę ważnego dzieje się na scenie”. W świecie, gdzie niemal wszystko jest dostępne online, teatr musi – jego zdaniem – oferować coś więcej niż perfekcyjnie wykonany materiał. Musi oferować sens.
To także wyzwanie dla samych artystów. Gamzou mówi wprost: publiczność nie ma obowiązku rozumieć skomplikowanych koncepcji czy symboliki. To twórcy mają obowiązek opowiedzieć historię tak, by była czytelna i poruszająca. Nawet najbardziej złożone dzieło można – i trzeba – przekazać w sposób, który trafi do każdego.
W świecie muzyki klasycznej Gamzou jest głosem, który rozbraja elitarność. Nie wierzy w hierarchie, które stawiają jedne gatunki ponad innymi. „Muzyka Beatlesów jest tak samo dobra jak muzyka Mahlera” – mówi bez prowokacji, raczej z przekonaniem, że sztuki nie da się zamknąć w szufladach.
Bliski jest mu Gustav Mahler, którego twórczość wykonuje najczęściej, ale równie chętnie sięga po mniej oczywiste nazwiska. Wśród jego planów repertuarowych pojawiają się m.in. William Walton czy Mieczysław Wajnberg, a także powrót do dzieł Wagnera.
Nie chodzi jednak tylko o repertuar. Gamzou chce poszerzać sposób myślenia o muzyce – pokazywać, że nie jest ona zamkniętym systemem dla wtajemniczonych, ale żywym językiem, którym można mówić o świecie.
Warszawa nie jest dla niego przypadkowym przystankiem. To miejsce, które – jak sam przyznaje – „skradło jego serce” już przy pierwszej wizycie. Widzi w niej miasto otwarte, kreatywne, odważnie patrzące w przyszłość, a jednocześnie głęboko zakorzenione w historii.
Jest też wymiar osobisty. Jego dziadek urodził się w Polsce. Dla Gamzou powrót tutaj ma znaczenie symboliczne – jakby domykał pewną opowieść, której nie zdążyło zakończyć wcześniejsze pokolenie.
W swojej nowej roli nie chce być jedynie liderem zespołu. Bardziej interesuje go bycie łącznikiem – między sceną a publicznością, między tradycją a współczesnością, między różnymi dziedzinami sztuki. Dlatego tak ważne jest dla niego budowanie dialogu i otwieranie opery na nowe doświadczenia, także poprzez współpracę z twórcami spoza świata muzyki.
Bo ostatecznie – jak podkreśla – nie chodzi o to, by opera była „ważna”. Chodzi o to, by była potrzebna.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze