Trzydziestoletnia kobieta zmarła po rutynowym zabiegu w renomowanym warszawskim szpitalu. Wszystko wskazuje na to, że podczas udzielania jej pomocy zamiast tlenu podano inny gaz – najprawdopodobniej podtlenek azotu. Z ustaleń TVN24.pl wynika, że do tragedii mogło dojść na skutek nieprawidłowego podłączenia przewodów w kolumnie anestezjologicznej.
Producent aparatury medycznej twierdzi, że sprzęt był serwisowany przez nieautoryzowane podmioty. Tymczasem anonimowy lekarz ze szpitala przy ulicy Madalińskiego przyznaje, że przewidzenie takiego scenariusza graniczy z cudem. – Łatwiej trafić szóstkę w totolotka, niż zakładać, że dojdzie do takiego błędu – mówi.
Kobieta, będąca w 14. tygodniu ciąży, w grudniu ubiegłego roku przeszła planowy, profilaktyczny zabieg w Szpitalu Specjalistycznym im. Świętej Rodziny przy ul. Madalińskiego w Warszawie. Jeszcze tego samego dnia jej mąż został poinformowany o powikłaniach po znieczuleniu i konieczności pilnego przewiezienia pacjentki do innej placówki.
19 grudnia, dziesięć dni po zabiegu, kobieta zmarła w szpitalu MSWiA przy ul. Wołoskiej. Ustaliliśmy, z jakim podejrzeniem została przyjęta na Oddział Intensywnej Opieki Medycznej oraz jakie rokowania przedstawiano rodzinie.
Kluczowe dla sprawy mogą być okoliczności serwisowania tzw. kolumn anestezjologicznych w sali F szpitala na Mokotowie. Dziennikarze „Superwizjera” i TVN24.pl dotarli do informacji, w jaki sposób wybrano firmę odpowiedzialną za przegląd urządzeń, oraz do przedsiębiorcy, który miał je serwisować.
Urząd Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych – odpowiedzialny m.in. za nadzór nad bezpieczeństwem wyrobów medycznych – dowiedział się o sprawie dopiero miesiąc po zdarzeniu.
Lekarz ze szpitala przy Madalińskiego, proszący o anonimowość, wyjaśnia, czy zespół medyczny miał realne szanse wykrycia błędnego podłączenia aparatury.
Pani Kalina trafiła do Szpitala św. Rodziny 8 grudnia. Miała przejść zaplanowany, profilaktyczny zabieg ginekologiczny. Jak wynika z relacji jej męża – który z kolei usłyszał to od lekarza prowadzącego ciążę – sam zabieg przebiegł prawidłowo. Problemy zaczęły się dopiero po jego zakończeniu, kiedy u pacjentki pojawiły się poważne zaburzenia oddychania.
Z informacji uzyskanych przez TVN24.pl wynika, że w urządzeniu służącym do podawania gazów medycznych najprawdopodobniej doszło do błędnego podłączenia przewodów. Gdy stan kobiety gwałtownie się pogarszał, personel próbował podać jej tlen przez maskę. Jeśli jednak instalacja była podłączona nieprawidłowo, zamiast tlenu do organizmu pacjentki mógł trafiać podtlenek azotu.
Według jednego z naszych informatorów, zamiast ratować kobietę, personel – nieświadomie – mógł ją dodatkowo usypiać. Reanimacja trwała 12 minut, po czym udało się przywrócić krążenie i oddech. Na salę wezwano drugiego anestezjologa, a pacjentkę ostatecznie zaintubowano przy użyciu worka samorozprężalnego (ambu), odłączając ją od kolumny anestezjologicznej.
Mąż zmarłej, pan Hubert, do ostatnich chwil przed zabiegiem pozostawał z żoną w kontakcie. W rozmowie z dziennikarzami „Superwizjera” i TVN24.pl, przeprowadzonej 9 stycznia, wspominał:
– Rano napisała, że przyszły pielęgniarki, podłączyły kroplówki. Po ósmej dostałem od niej ostatnią wiadomość: że za chwilę ją biorą.
Źródło: tvn24.pl
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze