Jeszcze kilkadziesiąt lat temu wejście w stały związek było czymś tak oczywistym jak znalezienie pracy czy zakup pierwszego auta. Dzisiaj ten scenariusz przestaje być regułą. W Stanach Zjednoczonych połowa mężczyzn między 25. a 34. rokiem życia żyje w pojedynkę. Kraje nordyckie — Finlandia i Szwecja — idą jeszcze dalej: tam samotnie mieszka około jedna trzecia całej dorosłej populacji. W skali globalnej przybyło w ciągu niespełna dekady ponad 100 milionów osób, które nie tworzą żadnego związku. Zjawisko, które jeszcze niedawno wydawało się chwilową modą, zaczyna wyglądać na trwałą zmianę społeczną.
Przez większą część historii kobiety i mężczyźni łączyli się w pary głównie dlatego… że musieli. Brak skutecznej antykoncepcji, ekonomiczna zależność i społeczny nacisk sprawiały, że małżeństwo było właściwie jedynym sensownym rozwiązaniem. Nic dziwnego, że w dawnych komediach ślub był równoznaczny z happy endem.
Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Kobiety mają pełnię praw zawodowych i mogą samodzielnie utrzymać siebie oraz dzieci. Co ważne — społeczne piętno związane z życiem solo praktycznie zniknęło. Efekt? Wiele kobiet otwarcie deklaruje, że życie w pojedynkę bywa bardziej komfortowe niż związek z kimś, kto nie spełnia ich podstawowych oczekiwań. To, paradoksalnie, wymusiło na mężczyznach wyższe standardy partnerskie — i dla wielu okazało się to trudniejsze niż mogłoby się wydawać.
Wbrew temu, co często słychać w mediach, większość singli wcale nie jest zdeklarowanymi indywidualistami. Badania pokazują, że nawet 60–70 proc. osób bez partnera wolałoby być w związku. W USA aż połowa singli w ogóle nie szuka drugiej połówki, ale tylko część z nich robi to dlatego, że dobrze im same. Reszta po prostu nie widzi dla siebie sensownych opcji — po nieudanych doświadczeniach z randkami daje za wygraną.
Powodów jest wiele — i tylko niektóre mają związek z dramatycznymi historiami z internetu.
1. Oczekiwania rosną szybciej niż liczba chętnych.
Kobiety, które zdobywają wyższe wykształcenie i zarabiają coraz lepiej, nie chcą wiązać się z kimś, kto nie traktuje ich po partnersku, nie rozwija się lub nie radzi sobie finansowo. Dla wielu mężczyzn ta poprzeczka okazuje się trudna do przeskoczenia.
2. Ekrany zastąpiły spotkania.
Ludzie coraz rzadziej wychodzą z domu, coraz rzadziej nawiązują nowe znajomości, coraz rzadziej ćwiczą kompetencje społeczne. Młodzi dorośli znacznie częściej spędzają weekend przy telefonie niż wśród znajomych. Randki? Dla niektórych to abstrakcja — i stres.
3. Polaryzacja polityczna.
Wbrew pozorom nie jest to drobiazg. Młode kobiety coraz częściej deklarują poglądy lewicowe, młodzi mężczyźni — bardziej prawicowe. Wielu singli otwarcie twierdzi, że nie zwiąże się z kimś o innych poglądach, co drastycznie ogranicza liczbę potencjalnych partnerów.
4. Aplikacje randkowe generują złudzenia.
Podglądanie perfekcyjnych historii miłosnych na Instagramie tworzy nierealne oczekiwania. W aplikacjach użytkownicy odhaczają dziesiątki osób, jakby wybierali produkt w sklepie. „Minimalny wzrost 180 cm” eliminuje automatycznie większość mężczyzn. „Minimalne wykształcenie i dochody” eliminują kolejnych.
Kraje, które uchodzą za najbardziej egalitarne na świecie, wcale nie hamują fali singielstwa. Finlandia i Szwecja — mimo partnerskich podziałów obowiązków, wysokiej jakości życia i rozwiniętej polityki społecznej — należą do najbardziej „pojedynczych” społeczeństw na świecie. To sygnał, że zjawisko nie jest wyłącznie efektem problemów ekonomicznych czy braku edukacji.
Spadająca liczba par to również:
mniejsza dzietność i jeszcze większe problemy demograficzne,
większe ryzyko samotności wśród starszych pokoleń,
potencjalny wzrost zachowań agresywnych wśród młodych mężczyzn pozbawionych wsparcia emocjonalnego,
konieczność przebudowania systemów mieszkaniowych i podatkowych pod rosnącą liczbę gospodarstw jednoosobowych.
Kilka lat temu brzmiało to jak żart. Dziś około 7 proc. młodych Amerykanów przyznaje, że rozważyłoby związek romantyczny z botem. Wirtualni partnerzy nie narzekają, nie oceniają, nie wymagają dzielenia się obowiązkami domowymi — a jednocześnie symulują bliskość. I to bardzo skutecznie.
To dopiero początek zmian, które mogą zrewolucjonizować nasze życie emocjonalne.
Niezależnie od tego, czy singli oceniamy jako odważnych indywidualistów, czy ofiary współczesnych przemian — jedno jest pewne: będzie ich coraz więcej. To nie moda, lecz długoterminowy kierunek rozwoju społeczeństw zachodnich. Rządy mogą wspierać edukację, firmy mogą zmieniać swoje usługi i produkty, ale preferencje ludzi kształtują się w sposób, który trudno „uregulować”.
Świat wchodzi w erę, w której życie solo stanie się równie powszechne jak rodzina z dziećmi kilkadziesiąt lat temu. Pozostaje pytanie: czy potrafimy się do tego przygotować?
Źródła: interia, the economist
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze