Jeszcze wczoraj była tu zwykła budowa – jeden z wielu powstających bloków w gęsto zabudowanej części warszawskiej Białołęki. Dziś to czarne, nadpalone ściany i zapach spalenizny unoszący się w powietrzu. Po czwartkowym pożarze przy ulicy Laurowej 37 niewiele zostało z inwestycji, która miała wkrótce przyjąć pierwszych mieszkańców.
Ogień pojawił się nagle i błyskawicznie wymknął się spod kontroli. W ciągu kilkudziesięciu minut płomienie objęły elewację oraz dach budynku, a nad okolicą zawisła gęsta chmura czarnego dymu widoczna z wielu kilometrów. Dziś, gdy ogień już ugaszono, obraz pogorzeliska robi przytłaczające wrażenie.
Do zdarzenia doszło 18 marca, około godziny 13. Pożar wybuchł na terenie budowy sześciokondygnacyjnego bloku, w rejonie Żerania, w pobliżu stacji paliw. Według wstępnych ustaleń ogień mógł pojawić się podczas prac prowadzonych na parterze.
To, co wydarzyło się później, było kwestią minut. Płomienie szybko przeniosły się na kolejne części konstrukcji – elewację, dach oraz składowane wokół materiały budowlane. Sytuację dodatkowo komplikowała obecność butli z gazem, które znacząco zwiększyły ryzyko wybuchu.
Strażacy szacują, że ogień objął około 100 metrów kwadratowych elewacji i blisko 70 metrów dachu. Paliła się także część podziemna budynku, gdzie znajdowały się materiały budowlane. W praktyce oznacza to jedno – straty są ogromne, a inwestycja została niemal doszczętnie zniszczona.
Najbardziej dramatyczne chwile rozgrywały się wysoko nad ziemią. Operator żurawia, pracujący na budowie, został odcięty przez ogień i dym. Nie miał możliwości samodzielnego zejścia.
Rozpoczęła się skomplikowana akcja ratunkowa. Strażacy równolegle gasili pożar i próbowali dotrzeć do uwięzionego mężczyzny. Dopiero około godziny 14:30 ratownicy wysokościowi zdołali bezpiecznie sprowadzić go na dół.
Poszkodowany trafił pod opiekę zespołu ratownictwa medycznego. Do szpitala przewieziono go z poparzeniami twarzy i dłoni. Jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo, ale sytuacja była o włos od tragedii.
Akcja gaśnicza trwała wiele godzin. Na miejscu pracowało kilkanaście zastępów straży pożarnej, a policja zamknęła okoliczne ulice, by umożliwić sprawne działania służb.
Gdy wydawało się, że sytuacja jest już opanowana, pojawił się kolejny problem. Inspektorzy nadzoru budowlanego uznali, że konstrukcja żurawia mogła zostać uszkodzona i stanowi zagrożenie dla otoczenia. W efekcie zdecydowano o ewakuacji około 40 mieszkańców pobliskich budynków. Dla nich zorganizowano transport oraz miejsca noclegowe.
Pożar na Białołęce ponownie zwrócił uwagę na problem intensywnej zabudowy tej części miasta. Bloki powstają tu w bardzo bliskim sąsiedztwie, co w przypadku takich zdarzeń może prowadzić do poważnych konsekwencji. Tym razem udało się uniknąć większej tragedii – także dlatego, że nie było silnego wiatru.
Przyczyny pożaru będą jeszcze szczegółowo wyjaśniane. Na razie wiele wskazuje na to, że ogień pojawił się podczas prac budowlanych. Pewne jest jedno: obraz zniszczeń pozostanie w pamięci mieszkańców na długo.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze