Wesele miało być wystawne. Były już zamówienia na mięso, jajka i masło, trwały ostatnie przygotowania. Zabrakło tylko jednego: pana młodego. Trzy dni wcześniej Franz Kutschera, dowódca SS i Policji na dystrykt warszawski Generalnego Gubernatorstwa, został zastrzelony w centrum okupowanej Warszawy. 4 lutego 1944 roku kat stolicy spoczął na Powązkach. Tego samego dnia – paradoks historii i ponury symbol epoki – „poślubił” swoją ciężarną narzeczoną.
Wyrok śmierci na brigadeführera SS, wydany przez Kierownictwo Walki Podziemnej Armii Krajowej, wykonali 1 lutego 1944 roku żołnierze elitarnego oddziału Kedywu Komendy Głównej AK „Pegaz”. Zamach przeprowadzono w Alejach Ujazdowskich. Był to cios w samo serce niemieckiego aparatu terroru – i odpowiedź na niespotykany dotąd poziom represji, jaki Kutschera wprowadził w Warszawie.
Wykonawcy wyroku nie mieli pojęcia, że ich akcja brutalnie przerwała przygotowania do ślubu.
W biurach niemieckiej administracji trwała zwykła, urzędnicza krzątanina.
– Stukała maszyna do pisania. Oficer SS dyktował pismo do wydziału wyżywienia o specjalny przydział produktów na przyjęcie weselne, gdy przed domem rozległ się zgrzyt hamulców i seria strzałów – wspominała po latach „Milena”, urzędniczka w biurze gubernatora Ludwiga Fischera, a jednocześnie żołnierz kontrwywiadu AK.
„Milena”, czyli Teodora Żukowska, była jedną z tych cichych bohaterek Polskiego Państwa Podziemnego, które po wojnie miały zapłacić wysoką cenę za swoją działalność. Aresztowana w 1949 roku przez Urząd Bezpieczeństwa, brutalnie przesłuchiwana przez czołowych funkcjonariuszy aparatu represji, wyszła na wolność dopiero w 1953 roku. Historyk prof. Tomasz Szarota nazwał ją „jedną z najwspanialszych postaci Polskiego Państwa Podziemnego”.
Zamach na Kutscherę wywołał wśród Niemców szok graniczący z paniką.
Telefony na biurkach hitlerowskich dygnitarzy dzwoniły bez przerwy – i nikt nie chciał uwierzyć w to, co słyszał. Tego samego dnia zginęli także inni funkcjonariusze niemieckiego aparatu terroru: urzędnik Arbeitsamtu odpowiedzialny za łapanki oraz Albrecht Eitner, agent Abwehry działający pod przykrywką administratora mienia pożydowskiego. Warszawa zobaczyła, że podziemie uderza seryjnie – i bezbłędnie.
Odpowiedź okupanta była natychmiastowa i potworna.
Nazajutrz po zamachu Niemcy rozstrzelali na miejscu akcji stu więźniów Pawiaka. Kolejne dwieście osób zamordowano w ruinach dawnego getta warszawskiego.
– Dobierano ich specjalnie – sami młodzi chłopcy. SS-mani zajmowali miejsca w oknach jak w lożach teatru. Jeden przyprowadził nawet piętnastoletnią córkę, żeby mogła się napatrzeć – relacjonowała Żukowska. Skazanych przywożono ciężarówkami, rzucano na bruk, bito, ustawiano w „szachownicę” i rozstrzeliwano seriami. Papierowe ubrania nasiąkały krwią, która spływała po chodniku i jezdni.
Kilka godzin później Aleje Ujazdowskie wciąż były zamknięte. Strażacy zmywali krew strumieniami wody.
– Patrzyliśmy na to w osłupieniu. Chwytało za gardło zwątpienie, czy ta ofiara nie była zbyt wielka – pisała „Milena”.
Narzeczona Kutschery, 26-letnia Jane Lillian Steen, norweska volksdeutschka, była w zaawansowanej ciąży. W Berlinie zapadła decyzja: dziecko musi otrzymać nazwisko ojca. Zezwolono na zawarcie tzw. ślubu pośmiertnego – praktyki znanej w III Rzeszy i sankcjonowanej osobiście przez Hitlera.
4 lutego 1944 roku w gmachu dzisiejszego Pałacu Prezydenckiego odbyła się ceremonia jedyna w swoim rodzaju.
Trumna z ciałem Kutschery stała w hallu, wśród laurowych drzewek. Obok niej – panna młoda z wyraźnie widoczną ciążą.
– Wesele przepadło, ale ślub się odbył – zanotowała Żukowska z gorzką satysfakcją.
Po „ślubno-pogrzebowej” ceremonii kondukt ruszył pustymi ulicami Warszawy. Mieszkańcom nakazano opuścić domy na kilka godzin. Oficjalnie mówiono o wywiezieniu trumny do Berlina, ale przez dziesięciolecia los ciała Kutschery pozostawał niejasny.
Dopiero wieloletnia kwerenda Wojciecha Parzyńskiego przyniosła ostateczne ustalenia. Kat Warszawy został pochowany na niemieckim cmentarzu wojennym na Powązkach – tam, gdzie grzebano żołnierzy Wehrmachtu i funkcjonariuszy okupacyjnego aparatu terroru. W 1990 roku jego szczątki ekshumowano i przeniesiono na cmentarz wojenny w Joachimowie-Mogiłach. Jego nazwisko nie pojawiło się jednak na żadnej tablicy – ze względu na skalę popełnionych zbrodni.
Ironia historii dopełnia obrazu: zaledwie kilka dni po pogrzebie Kutschery, na tym samym cmentarzu spoczęli żołnierze batalionu „Parasol” – uczestnicy akcji, która zakończyła jego życie.
Przez lata kat Warszawy i jego egzekutorzy leżeli w odległości kilkuset metrów od siebie.
Franz Kutschera nie opuścił Warszawy 4 lutego 1944 roku.
Został w niej na zawsze – jako symbol terroru i jego kresu.
red./PAP
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze