Miało być odbicie się od dna, był kolejny krok w stronę sportowej przepaści. Ostatni ligowy występ Legii w 2025 roku stał się brutalnym podsumowaniem miesięcy chaosu, bezradności i narastającej frustracji. Zamiast ulgi przy Łazienkowskiej pojawiła się cisza połączona z gniewem, a boisko znów okazało się miejscem bez odpowiedzi na najprostsze pytania.
Zaległe starcie z Piast Gliwice miało być dla stołecznych czymś więcej niż tylko ligowym meczem. To była próba zatrzymania katastrofy. Skończyło się jednak porażką 0:1, która wepchnęła Legię w przedostatnie miejsce tabeli PKO BP Ekstraklasa i zapisała się w historii klubu jako jeden z najbardziej wstydliwych momentów ostatnich dekad.
Atmosfera wokół spotkania była gęsta jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Kibice nie kryli wściekłości – trybuny żyły własnym życiem, a głównym adresatem skandowanych haseł był właściciel klubu, Dariusz Mioduski. Na murawie jednak próżno było szukać zespołu, który potrafiłby tę energię przekuć w konkrety.
Legia, jeszcze niedawno typowana do walki o mistrzostwo, od końca września nie potrafi wygrać ligowego meczu. Po drodze odpadła z Pucharu Polski i pożegnała się z Europą w Lidze Konferencji. Niedziela miała być nowym początkiem. Była kolejnym dowodem na to, jak głęboki jest kryzys.
Początek nie zapowiadał dramatu. Strzał Hugo Vallejo dał sygnał, że Legia chce atakować, a w pierwszej połowie bliski szczęścia był także Wahan Biczachczjan, którego efektowna próba z woleja została zatrzymana przez świetnie dysponowanego František Plach.
Symbolem bezsilności gospodarzy stał się jednak Mileta Rajović. Napastnik trzykrotnie wychodził sam na sam z bramkarzem Piasta i trzykrotnie schodził z tych pojedynków pokonany – raz przez refleks Placha, innym razem przez własną nerwowość. Trybuny łapały się za głowy, a frustracja rosła z każdą minutą.
Goście także mieli swoje momenty. Po kontrze Giermana Barkowskiego piłka odbiła się od poprzeczki, jakby ostrzegając Legię, że igranie z losem może się źle skończyć.
Druga połowa rozpoczęła się od kolejnych prób Legii, ale były one chaotyczne i pozbawione precyzji. Z czasem tempo meczu spadło, a oba zespoły zdawały się czekać na jeden impuls. W 83. minucie impuls ten znaleźli goście.
Rzut wolny tuż przed polem karnym. Do piłki podszedł rezerwowy Michał Chrapek i uderzył w sposób, który nie pozostawił złudzeń. Piłka wpadła do siatki, a stadion zamarł. Kacper Tobiasz mógł tylko odprowadzić ją wzrokiem.
Ten jeden moment wystarczył, by przekreślić wszystkie – i tak nieliczne – nadzieje gospodarzy.
Porażka oznacza, że Legia nie wygrała już jedenastu kolejnych meczów ligowych. To najgorsza taka seria w historii klubu i „osiągnięcie”, które przebija nawet czarny okres z 1966 roku. Zamiast walki o czołówkę – realna obawa przed degradacją. Zamiast spokoju – zimowa przerwa spędzona w strefie spadkowej, z takim samym dorobkiem punktowym jak zamykająca tabelę Termalica Bruk-Bet Nieciecza.
Po drugiej stronie barykady Piast odetchnął. Zwycięstwo w Warszawie pozwoliło gliwiczanom wydostać się ze strefy spadkowej i zepchnąć w nią GKS Katowice. Dla nich to był mecz o życie. Dla Legii – kolejny dowód, że sama nazwa i historia już nie wystarczają.
Rok 2025 kończy się dla stołecznego klubu w atmosferze wstydu i niepewności. Pytanie nie brzmi już, czy potrzebne są zmiany, ale jak głębokie muszą one być, by koszmar wreszcie się skończył.
Źródło: przegladsportowy.onet.pl
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze