Brzydota, relatywizm, pustka – czy to naprawdę współczesne „ideały” sztuki? Dziś, gdy galerie pełne są dzieł, które bardziej prowokują niż zachwycają, coraz trudniej odnaleźć coś, co zostawia w nas ślad. Sztuka współczesna, uwolniona od kanonów, zamienia się w spektakl szoku i przypadkowych gestów. Tyle się mówi o wolności wyrazu, ale czy bez piękna, głębi i wartości nie tracimy czegoś więcej?
Czy ktokolwiek z nas zapytał, dlaczego mamy to „coś” w samym sercu Warszawy? Kto zdecydował, że ten bunkier, betonowa twierdza udająca nowoczesność, to właśnie to, co potrzebne jest mieszkańcom stolicy? Kiedy w ogóle ustalono, że sztuka współczesna – pełna prowokacji dla samej prowokacji – jest nam do życia niezbędna? Przecież patrzymy na to wszyscy i myślimy to samo: co za brzydactwo. A jednak wciąż nikt się nie odzywa.