Śmierć Stanisławy Celińskiej poruszyła nie tylko świat kultury. W czwartek w warszawskim Kościele Środowisk Twórczych pożegnano artystkę, która przez dekady była dla publiczności kimś znacznie więcej niż aktorką czy pieśniarką. Dla wielu pozostawała symbolem czułości, prawdy i niezwykłej siły ukrytej w prostocie. Wspomnienia bliskich, przyjaciół i ludzi kultury stworzyły obraz kobiety autentycznej – takiej, która nigdy nie grała życia, lecz naprawdę je przeżywała.
Podczas uroczystości wielokrotnie podkreślano, że Stanisława Celińska należała do tych artystów, których obecność wykracza poza scenę. Nie budowała dystansu, nie tworzyła wokół siebie legendy niedostępnej gwiazdy. Była blisko ludzi — w rozmowie, w śpiewie, w rolach, które bardziej przypominały szczere wyznania niż aktorskie kreacje.
Prezydent RP pośmiertnie odznaczył ją Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski za wybitne zasługi dla kultury. W odczytanym liście przypomniano niemal sześć dekad jej twórczości: od teatralnych debiutów, przez wybitne role filmowe, aż po poruszające interpretacje poezji śpiewanej. Jednak nawet w oficjalnych słowach najczęściej powracało nie tyle nazwisko wielkiej artystki, ile obraz człowieka niezwykle wrażliwego i prawdziwego.
Celińska potrafiła mówić o rzeczach trudnych bez patosu. O uzależnieniu, samotności, bólu i poszukiwaniu Boga opowiadała z rozbrajającą szczerością. Publiczność ufała jej właśnie dlatego, że nigdy nie próbowała być pomnikiem. Była kobietą z historią, którą umiała zamienić w sztukę.
Najbardziej poruszające momenty uroczystości przyniosło kazanie księdza Andrzeja Lutra. Duchowny mówił o wierze Stanisławy Celińskiej nie jako o deklaracji, lecz jako o sposobie bycia z drugim człowiekiem. Wspominał jej ciepło, wyrozumiałość i naturalną empatię, która sprawiała, że ludzie czuli się przy niej bezpiecznie.
Szczególne poruszenie wywołała przytoczona przez niego anegdota. Celińska opowiadała kiedyś, że wyobraziła sobie własne spotkanie z Bogiem. Gdy miał ją zapytać, czym zajmowała się na ziemi, odpowiedziała: „Byłam artystką”. A potem — według tej historii — miała zaśpiewać swoje słynne: „Uśmiechnij się, jutro będzie lepiej”.
To właśnie wtedy padły słowa, które stały się symbolem tego pożegnania: „Stanisława, Staśka, Stasia — czyli uśmiech Boga”. W kościele zapanowała cisza, w której bardziej niż żałobę było czuć wdzięczność za jej obecność.
Po mszy głos zabrali przyjaciele i przedstawiciele świata kultury. Wspominano nie tylko wielkie role teatralne i filmowe, współpracę z najwybitniejszymi reżyserami czy sukcesy muzyczne. Najczęściej wracały drobne obrazy: rozmowy po spektaklach, uściski z widzami, jej uważność wobec ludzi.
Aktorka Lucyna Malec mówiła o tym, że Celińska całe życie szukała miłości — w naturze, sztuce, muzyce i wierze. I że potrafiła tę miłość przekazywać dalej. Właśnie dlatego po jej spektaklach ustawiali się ludzie, którzy chcieli nie tylko zdobyć autograf, ale po prostu chwilę z nią pobyć.
Dla polskiej kultury jej odejście jest końcem pewnej epoki. Trudno dziś znaleźć artystów, którzy równie mocno łączyli wielki talent z całkowitym brakiem pozy. Stanisława Celińska pozostawiła po sobie role, piosenki i wspomnienia, ale przede wszystkim coś znacznie trudniejszego do nazwania — poczucie, że sztuka może być miejscem prawdy i zwykłej ludzkiej bliskości.























Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze