Latem 2025 roku w warszawskim ogrodzie zoologicznym wydarzyła się historia, która początkowo nie zapowiadała się dobrze. Wśród czerwonych kangurów przyszła na świat niewielka samiczka – krucha, wymagająca i od pierwszych dni stawiająca przed opiekunami wyjątkowo trudne wyzwania. Dziś ma imię Stefcia i jest żywym dowodem na to, jak wiele może zmienić determinacja ludzi.
Początki były niepewne. Opiekunowie robili wszystko, by młoda rozwijała się naturalnie – regularnie umieszczali ją w torbie matki, czuwając nad tym, by nic nie zakłócało jej rozwoju. Kiedy oddzielono ją od starszego rodzeństwa, sytuacja na chwilę się ustabilizowała. Wydawało się, że najtrudniejsze za nimi.
Niepokój wrócił po kilku tygodniach. Kangurzątko przestało przybierać na wadze – a to dla tak młodego zwierzęcia sygnał alarmowy. Dokładniejsze obserwacje szybko ujawniły przyczynę: matka przestała produkować mleko. W świecie kangurów to moment krytyczny – bez niego młode nie ma praktycznie szans na przetrwanie.
Pierwszym odruchem była próba znalezienia rozwiązania w naturze. Opiekunowie spróbowali umieścić młodą samiczkę w torbie innej kangurzycy, która miała potomstwo w podobnym wieku. To czasem się udaje. Tym razem – nie. Samica nie zaakceptowała obcego młodego.
To był moment decyzji: albo ryzykować, albo działać natychmiast. Wybrano to drugie.
Rozpoczął się odchów zastępczy – wymagający, czasochłonny i obciążający. Stefcia potrzebowała karmienia co kilka godzin, również w nocy. Musiała mieć zapewnione ciepło i poczucie bezpieczeństwa, dlatego trzymano ją w specjalnie przygotowanej torbie, imitującej naturalne warunki. Nad wszystkim czuwali opiekunowie – w tym Dawid Wdowiński i Anna Bentkowska – którzy przez wiele tygodni podporządkowali jej swój rytm dnia.
To była walka nie tylko o zdrowie, ale zwyczajnie o życie.
Z czasem przyszły pierwsze dobre wiadomości. Stefcia zaczęła przybierać na wadze, nabierała sił i reagowała coraz żywiej na otoczenie. Początkowo karmiona była sześć razy dziennie, ale stopniowo zmniejszano liczbę karmień, wprowadzając do diety nowe elementy – świeże warzywa, płatki owsiane i specjalistyczną karmę.
Po niespełna dwóch miesiącach osiągnęła ponad pięć kilogramów. To był znak, że można zrobić kolejny krok.
Rozpoczęto proces powrotu do stada. Powoli, ostrożnie, bez pośpiechu – tak, by nie zaburzyć tego, co udało się zbudować. Dziś Stefcia coraz pewniej porusza się po wybiegu i odnajduje wśród innych kangurów.
Jej imię też ma swoją historię. „Stefania”, pieszczotliwie Stefcia, została nazwana przez osobę, która wsparła ją w najtrudniejszym momencie – i do dziś, z sympatii do małej wojowniczki, przywozi jej karmę.
To jedna z tych historii, które przypominają, że za sukcesem ogrodów zoologicznych stoją nie tylko procedury, ale przede wszystkim ludzie – ich czujność, wiedza i ogromne zaangażowanie.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze