Zimą nie trzeba ekstremów, żeby skończyć na stole operacyjnym. Wystarczy zwykły chodnik. Albo źle wyhamowany narciarz. Albo po prostu jeden nieuważny krok. Szpitalne Oddziały Ratunkowe pękają w szwach, a wśród pacjentów coraz rzadziej dominują seniorzy. Coraz częściej są to ludzie młodzi, aktywni, pracujący, wysportowani.
– Dziś ciężkie złamania widzimy po zwykłym poślizgnięciu się – mówi prof. Paweł Łęgosz, kierownik Katedry i Kliniki Ortopedii i Traumatologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. – Jeszcze kilkanaście lat temu takie obrażenia były domeną wypadków samochodowych.
Zima sama w sobie nie jest wrogiem – tłumaczy profesor. Problem zaczyna się wtedy, gdy próbujemy żyć tak, jakby była wiosna. Chodzimy szybko, biegniemy na autobus, skręcamy ostro na oblodzonym chodniku. A fizyki nie da się oszukać.
Najczęstszy scenariusz wygląda banalnie: jeden śliski fragment, jeden krok bez przyczepności i upadek. A potem już loteria urazów – nadgarstek, łokieć, obojczyk, kostka, podudzie, a przy większej sile także miednica.
– Różnice w nawierzchni są zabójcze: tu posypane, tam nie – i wystarczy sekunda nieuwagi – mówi ortopeda.
Zimą urazy mają swoją sezonowość jak grypa. Po nagłych spadkach temperatury oddziały ratunkowe przeżywają oblężenie. W klinice prof. Łęgosza codziennie pojawia się 40–45 pacjentów ortopedycznych, z czego nawet 10 trafia na stół operacyjny. Po świętach liczba oczekujących na zabieg przekroczyła 20.
– Latem rządzą hulajnogi i rowery. Zimą rządzi hasło: „poślizgnięcie się” – mówi lekarz.
Najbardziej niepokojące jest jednak coś innego: coraz cięższe złamania po coraz błahszych urazach. U ludzi w średnim wieku, którzy nie spadli z wysokości ani nie mieli wypadku – po prostu się poślizgnęli.
– Między sobą mówimy o „kości McDonaldowej” – przyznaje prof. Łęgosz. – To nie jest termin naukowy, ale oddaje istotę problemu: zła dieta, otyłość, brak ruchu i fatalna jakość tkanki kostnej.
U takich pacjentów lekarze regularnie widzą niedobory białka, witaminy D, zaburzenia mikroelementów. A kości bez „paliwa” nie wytrzymują obciążeń.
Narciarstwo także się zmieniło. Dziś głównym zagrożeniem nie jest utrata równowagi, lecz inni użytkownicy stoku.
– Stoki są zatłoczone, prędkości duże, a odpowiedzialność bywa niewielka – mówi profesor. – Urazy po zderzeniach są bardzo ciężkie.
Choć to osoby starsze mają słabsze kości, do szpitali trafiają dziś głównie ludzie w wieku produkcyjnym.
– Seniorzy często po prostu zostają w domu, gdy jest ślisko. A trzydziesto- czy czterdziestolatek biegnie na autobus albo jedzie na narty „jak zawsze” – i kończy z płytą i śrubami w kości – tłumaczy ortopeda.
Słabe mięśnie to słabe kości. To nie metafora, lecz biomechanika.
– Kość nie jest metalowym prętem. To struktura elastyczna, reagująca na napięcie mięśni – wyjaśnia prof. Łęgosz. – Bez ruchu nie ma bodźca do jej wzmocnienia.
Najlepszym dowodem są kosmonauci: po kilku tygodniach w nieważkości wracają z dramatycznie osłabionym układem kostno-mięśniowym.
Jeśli do złamania dojdzie, wszystko komplikuje się u osób z cukrzycą, otyłością, nadciśnieniem. Ryzyko zakażeń, powikłań i problemów z gojeniem rośnie lawinowo.
– Dzieci goją się szybko. Dorośli – zwłaszcza chorzy – już nie – podkreśla profesor.
Recepta jest zaskakująco prosta:
dobre buty, wolniejsze tempo, trzymanie się poręczy, brak biegania po lodzie i rozsądek na stoku.
– Autobus odjedzie. Zdrowie nie wróci – mówi prof. Łęgosz. – A złamanie to nie dwa dni przerwy. To często dwa, trzy miesiące wyjęte z życia.
Zima minie. Śruby i blizny – niekoniecznie.
red./PAP
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze