Choć sama nazwa „Ebola” od lat budzi globalny niepokój, wirusolodzy podkreślają dziś jedno: obecne ognisko choroby w Afryce nie przypomina scenariusza pandemii koronawirusa. Najnowsze przypadki zakażeń wykryte w Demokratycznej Republice Konga oraz Ugandzie wywołał bowiem rzadszy i mniej śmiertelny szczep wirusa – Bundibugyo. Problem polega jednak na tym, że świat nadal nie dysponuje przeciwko niemu skuteczną szczepionką
Eksperci przypominają, że Ebola pozostaje jedną z najbardziej niebezpiecznych chorób zakaźnych świata. W najcięższych przypadkach prowadzi do rozległych krwotoków i niewydolności narządów wewnętrznych. Nie wszystkie odmiany wirusa są jednak równie groźne. Najbardziej śmiercionośne pozostają szczepy Zair i Sudan, których śmiertelność sięga nawet 90 proc. Tym razem sytuacja wygląda nieco inaczej. Szczep Bundibugyo odpowiadający za obecną epidemię cechuje się niższą śmiertelnością – szacowaną na 25–50 proc.
Choć od wykrycia pierwszych przypadków Eboli minęło już pół wieku, wirus wciąż wywołuje ogromne emocje. Powód jest prosty: nawet niewielka ilość cząstek wirusa może doprowadzić do ciężkiego przebiegu choroby. Objawy pojawiają się gwałtownie — zaczyna się zwykle od wysokiej gorączki, silnego osłabienia i bólu mięśni, a później dochodzą wymioty, biegunka, bóle brzucha oraz krwawienia.
Jednocześnie lekarze zwracają uwagę na paradoks Eboli. To wirus niezwykle śmiertelny, ale właśnie dlatego stosunkowo słabo przystosowany do rozprzestrzeniania się wśród ludzi. Okres inkubacji jest krótki — zwykle od kilku dni do dwóch tygodni — co oznacza, że zakażeni szybko zaczynają odczuwać objawy i nie mają czasu na nieświadome roznoszenie choroby na dużą skalę. Wirusolodzy podkreślają też, że Ebola nie przenosi się drogą powietrzną. Nie można więc zarazić się nią tak łatwo jak grypą czy COVID-19. Do infekcji dochodzi przede wszystkim przez bezpośredni kontakt z płynami ustrojowymi chorego, w tym krwią czy wydzielinami organizmu.
Jednym z największych problemów podczas epidemii Eboli pozostają lokalne zwyczaje pogrzebowe. W czasie poprzedniej wielkiej epidemii w Afryce Zachodniej tysiące osób zakaziły się podczas przygotowywania ciał bliskich do pochówku. Dotykanie zmarłych, całowanie ich na pożegnanie czy obmywanie ciała zwiększa ryzyko kontaktu z zakażonymi wydzielinami.
Z tego powodu Światowa Organizacja Zdrowia apeluje dziś o organizowanie tzw. „bezpiecznych i godnych pochówków”. W praktyce oznacza to udział odpowiednio przeszkolonych służb sanitarnych i przestrzeganie rygorystycznych procedur bezpieczeństwa. Mimo dramatycznych obrazów, które regularnie pojawiają się przy okazji kolejnych ognisk Eboli, eksperci studzą emocje związane z możliwością globalnej epidemii. Od 50 lat odnotowano około 40 większych ognisk wirusa, ale przypadki zawleczenia choroby do Europy czy USA były pojedyncze.
Zdaniem specjalistów ryzyko pojawienia się większej epidemii Eboli poza Afryką pozostaje niewielkie. Kraje rozwinięte dysponują procedurami, które pozwalają szybko wychwytywać potencjalne zakażenia. Na lotniskach prowadzone są kontrole pasażerów przybywających z regionów wysokiego ryzyka, a osoby z objawami są izolowane jeszcze przed postawieniem diagnozy.
WHO uznała obecną epidemię za zagrożenie zdrowia publicznego o zasięgu międzynarodowym, jednak jednocześnie wyraźnie zaznaczyła, że nie ma mowy o ryzyku pandemii. Według organizacji najwyższe zagrożenie dotyczy obecnie Demokratycznej Republiki Konga i Ugandy, natomiast ryzyko globalne oceniono jako niskie. W reakcji na sytuację polskie MSZ odradziło podróże do regionów przygranicznych DRK, Ugandy i Sudanu Południowego.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze