Foo Fighters - jeden z największych rockowych zespołów świata, grupa z katalogiem hitów rozpoznawalnych na kilku kontynentach i charyzmatycznym Dave'em Grohlem na czele - przyjeżdża do Polski, a stadion nie jest nawet bliski zapełnienia. Taki obraz zobaczyli uczestnicy poniedziałkowego koncertu na PGE Narodowym.
Muzycznie wszystko się zgadzało. Niemal trzy godziny grania, największe przeboje z różnych etapów kariery, świetna forma zespołu i energia, której mogłaby pozazdrościć większość młodszych wykonawców. Mimo to uwagę wielu osób przyciągało coś zupełnie innego — ogromne połacie pustych miejsc na trybunach.
Dla fanów był to widok zaskakujący, a momentami wręcz smutny. Zwłaszcza że mowa o formacji, która od lat należy do światowej rockowej ekstraklasy.
Jeszcze przed rozpoczęciem koncertu było jasne, że sprzedaż biletów nie przebiega zgodnie z oczekiwaniami organizatorów. Górne sektory PGE Narodowego pozostały w dużej mierze niewypełnione, a także na płycie trudno było dostrzec tłok charakterystyczny dla największych stadionowych wydarzeń.
Sygnały o słabszym zainteresowaniu pojawiały się już wcześniej. Wśród fanów krążyły informacje o specjalnych ofertach wysyłanych przez organizatora. Osoby posiadające najtańsze bilety na najwyższe trybuny otrzymywały możliwość przeniesienia się znacznie bliżej sceny bez dodatkowych kosztów. W praktyce oznaczało to przesiadkę z miejsc kosztujących około 140 zł do stref wycenianych wcześniej nawet na ponad 500 zł.
Dodatkowo obniżano ceny części wejściówek, co jeszcze mocniej podsyciło dyskusję o rzeczywistej skali zainteresowania koncertem.
Po wydarzeniu w mediach społecznościowych dominowały dwa wątki. Pierwszy dotyczył samego występu, który większość uczestników oceniała bardzo wysoko. Drugi skupiał się na decyzjach organizacyjnych.
Wielu fanów uważa, że problemem nie był zespół, lecz wybór obiektu. Według komentujących Foo Fighters pozostają marką gwarantującą dużą publiczność, ale niekoniecznie taką, która dziś jest w stanie bez trudu wypełnić największy stadion w kraju.
Internauci zwracali uwagę, że koncert mógłby lepiej sprawdzić się w mniejszej hali lub arenie, gdzie łatwiej byłoby stworzyć atmosferę wyprzedanego wydarzenia. Pojawiały się także głosy krytykujące akustykę PGE Narodowego oraz wysokie ceny biletów.
"Panowie byli fenomenalni, ale Narodowy kompletnie nie pasował do tego koncertu", pisał jeden z uczestników. Inni podkreślali, że właśnie ceny i specyfika stadionu sprawiły, że ostatecznie zrezygnowali z zakupu wejściówek.
Najostrzejsze komentarze kierowane były pod adresem organizatora wydarzenia, firmy Live Nation. W sieci nie brakowało opinii sugerujących, że skala obiektu została źle oszacowana, a cała strategia sprzedażowa okazała się nietrafiona.
Niektórzy internauci wprost nazywali koncert jedną z największych wpadek frekwencyjnych ostatnich lat. Inni zwracali uwagę na wyjątkowo intensywny sezon koncertowy, który zmusił fanów do wybierania między wieloma dużymi wydarzeniami odbywającymi się w krótkim czasie.
Paradoks polega na tym, że sam koncert został oceniony bardzo dobrze. Foo Fighters dostarczyli dokładnie to, czego oczekiwali ich wielbiciele — energię, profesjonalizm i zestaw największych przebojów. Problemem nie była więc jakość widowiska, lecz fakt, że na trybunach zabrakło ludzi, którzy mogliby je zobaczyć.
I właśnie dlatego po warszawskim występie najwięcej mówi się nie o muzyce, lecz o pustych sektorach stadionu. A to dla organizatorów zdecydowanie najgorszy możliwy scenariusz.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze