Słabnącym, ledwo słyszalnym głosem powiedział, że jest mu potwornie zimno, że źle się czuje i że boi się, iż nie przeżyje kolejnych minut. Chwilę później połączenie zostało przerwane. Operator numeru alarmowego 986 nie miał wątpliwości – liczyła się każda sekunda.
We wtorek, tuż po godzinie 6 rano, straż miejska odebrała dramatyczne zgłoszenie z warszawskiego Wawra. Dzwonił mężczyzna w kryzysie bezdomności. Był sam, w prowizorycznej szopie na opuszczonej działce. Na zewnątrz panował kilkunastostopniowy mróz.
Co istotne, funkcjonariusze znali już to miejsce – tej samej nocy, około godziny 1.20, patrol był u 40-latka. Wówczas w szopie było jeszcze względnie ciepło. Strażnicy próbowali przekonać mężczyznę, by skorzystał z noclegowni. Odmówił.
Kilka godzin później sytuacja wyglądała już zupełnie inaczej.
– Wiedzieliśmy, że trzeba działać natychmiast – relacjonowała st. insp. Elżbieta Banaszek z Referatu Patrolowo-Interwencyjnego. Patrol, który chwilę wcześniej kończył nocną zmianę, ruszył na sygnale pod znany adres. Doświadczony ratownik KPP zabrał torbę medyczną, jego partnerka – defibrylator.
Na miejscu zastali obraz, który nie pozostawiał złudzeń.
– Spodziewaliśmy się wszystkiego, ale to, co zobaczyliśmy, było naprawdę złe – opisywała strażniczka biorąca udział w interwencji. – W szopie był szron. Na ścianach, na przedmiotach, nawet na daszku jego czapki. Pan Grzegorz siedział skulony, miał lodowate dłonie, był siny na twarzy.
Mężczyzna ledwo mówił. Na pytanie, dlaczego nie rozpalił w prowizorycznej „kozie”, wyszeptał tylko, że bał się wyjść na mróz.
Strażnicy natychmiast okryli go wszystkim, co mieli pod ręką. Zebrali suche gałęzie z okolicy, rozpalili ogień i wezwali pogotowie. Czekając na karetkę, obserwowali, jak powoli zmienia się kolor skóry mężczyzny – pierwszy znak, że ich działania przynoszą efekt.
Kiedy na miejsce dotarli ratownicy medyczni, skrajnie wychłodzony mężczyzna został przetransportowany do szpitala.
Straż miejska przypomina, że przez cały rok monitoruje pustostany, altanki i improwizowane obozowiska, w których mogą przebywać osoby w kryzysie bezdomności. Zimą, gdy temperatury spadają znacznie poniżej zera, wiele patroli rozpoczyna służbę właśnie od sprawdzania takich miejsc.
Ten poranek pokazał, jak cienka bywa granica między odmową pomocy a walką o życie. I jak niewiele czasem brakuje, by było za późno.
Źródło: tvn24.pl
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze