Silna wichura, która przeszła przez Pogorzelec pod Łochowem, zamieniła bocianie gniazdo w pułapkę. Jeden z młodych ptaków spadł na ziemię, drugi przez blisko trzy doby pozostawał uwięziony wysoko na słupie energetycznym. Mieszkańcy od pierwszych chwil alarmowali kolejne służby i apelowali o natychmiastową interwencję. Pomoc pojawiła się dopiero w poniedziałek.
Wystarczył jeden gwałtowny podmuch wiatru. Ogromne, ważące kilkaset kilogramów gniazdo, zbudowane na słupie wysokiego napięcia, przechyliło się niemal do pionu. Dla młodych bocianów oznaczało to dramatyczną walkę o przetrwanie.
– Wiatr najsampierw trochę nachylił to gniazdo, a później to już tak pionowo, że aż ten jeden zleciał – relacjonuje Jan Kalata, mieszkaniec Pogorzelca.
Po upadku jednego z piskląt drugi bocian został uwięziony w przechylonym gnieździe. Przez niemal trzy dni bezskutecznie próbował się z niego wydostać. Świadkowie mówią o rozpaczliwej walce zwierzęcia, które niemal bez przerwy machało skrzydłami, próbując odzyskać równowagę lub wzbić się do lotu.
– Nie wiem, czy on w ogóle spał przez te dwie doby. Dramatycznie machał skrzydłami, jakby próbował wzbić się do lotu, wydostać się z tego gniazda albo po prostu utrzymać równowagę – mówi Łucja Lenartowicz, działaczka na rzecz ochrony zwierząt.
Dla mieszkańców był to widok, którego nie sposób było zignorować. Każda kolejna godzina zwiększała ryzyko, że osłabione zwierzę nie przeżyje.
Jeszcze w piątkowe popołudnie rozpoczęła się gorączkowa walka z czasem. Mieszkańcy kontaktowali się z kolejnymi instytucjami, zgłosili sprawę policji, na miejscu pojawili się również strażacy. Ponieważ gniazdo znajdowało się na słupie wysokiego napięcia, największe nadzieje wiązano z interwencją służb energetycznych.
Pracownicy PGE przyjechali na miejsce, jednak – jak relacjonują mieszkańcy – nie podjęli działań, które mogłyby pomóc uwięzionemu bocianowi.
– Nie podjęli żadnej próby naprawy tej sytuacji, mimo że byli na miejscu i widzieli, że zwierzętom grozi śmierć. Usłyszeliśmy, że nie zapadły odpowiednie decyzje – mówi Łucja Lenartowicz.
Każda kolejna doba potęgowała frustrację mieszkańców, którzy nie rozumieli, dlaczego w sytuacji wymagającej natychmiastowej reakcji procedury okazały się ważniejsze od losu zwierząt.
Jak nieoficjalnie usłyszeliśmy od rzeczniczki PGE, pracownicy spółki nie mogli samodzielnie podjąć interwencji bez wcześniejszych uzgodnień z Regionalną Dyrekcją Ochrony Środowiska. Do momentu publikacji materiału spółka nie przedstawiła jednak oficjalnego stanowiska w tej sprawie.
Ostatecznie pomoc dotarła dopiero w poniedziałek, niemal trzy dni po przechyleniu gniazda. Dla mieszkańców Pogorzelca ta historia stała się symbolem tego, jak w sytuacjach kryzysowych czas ma kluczowe znaczenie, a administracyjne procedury mogą zadecydować o losie żywych istot.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze